Wszystkiego najdroższego!

Views: 693

Święta Bożego Narodzenia od dawna już źle mi się kojarzą. W zakamarkach pamięci nadal wprawdzie żyją migawki wspomnień, jak klisze utrwalające obrazy z dzieciństwa, na których razem z ojcem i matką witam ostatni dzień adwentu, lepiąc bałwana w kopnym śniegu, po to, aby wieczorem przy wigilijnym stole odpakowywać prezenty, na widok których najlepiej wychowane dziecko naszych czasów rozpłakałoby się z rozczarowania. Rzecz to dziwna albowiem wyłaniająca się z owych slajdów siermiężna rzeczywistość epoki późnego Gierka, nie tylko nie przytłacza, ale wręcz przeciwnie, wydaje się lekka niczym Gracje Rafaela.

Wszystko to jest co najmniej nieoczywiste jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że na ulicach naszego miasta w czasie, o którym mowa, nie świeciły się świąteczne zdobienia, zasadniczo nic nie było kolorowe, przeciwnie, świat składał się głównie ze wszechobecnej bieli ścielącej się puchem pod nogami i malującej kwiaty na szybach. Na naszych nowoczesnych szybach, wypełnianych hermetycznie argonem, największy mróz nic nie namaluje, może dlatego jest w naszym pokoleniu coraz mniej artystów, a coraz więcej producentów okien, a jeszcze więcej handełesów oknami dumnie epatujących, tych, co nie handlują modną etykietą biznesmena.

W każdym razie, w epoce pierwszych sekretarzy takich okien nie było, podobnie zresztą jak nie było Świętego Mikołaja. Kto nie wierzy, niech sprawdzi w podręcznikach historii najnowszej. Biskupa Miry nie wpuszczano za „żelazną kurtynę”, prawdopodobnie nie ze względu na jego ewentualne koneksje watykańskie, do których zresztą w tamtym czasie sam Watykan oficjalnie już się nie przyznawał, ale raczej ze względu na burżujski wizerunek, nie przystający do zapotrzebowania epoki. W zamian, do dzieci przychodził Dziadek Mróz, znacznie bardziej swojski, być może równie głupi, lecz bez wątpienia znacznie mniej zepsuty. W każdym razie, nie tak bardzo aby zadłużonym po uszy proponować pożyczkę – chwilówkę bez żadnych poręczeń, z wyjątkiem poręczenia własną szyją.

W ten właśnie sposób, niemal niedostrzegalnie, znaleźliśmy się w czasie obecnym. Ten – gdy chodzi o Święta Narodzenia Pańskiego – przynosi same najgorsze refleksje. Zamiast śniegu, deszcz. Na ulicach kałuże, nie da się ulepić bałwana, bo po prostu nie ma z czego. Nad drogami – wcale skądinąd nie mniej dziurawymi niż onegdaj – wiszą rozpraszające kierowców, brzydkie niczym paciorki, którymi kupowali autochtonów holenderscy handlarze niewolników, tak zwane zdobienia świąteczne. Zresztą, tych paciorków świątecznych jest wokół nas bez liku, nie tylko na drogach. Zewsząd świecą mi w oczy betlejemskie gwiazdki i każda prowadzi do stajenki, gdzie mogę nabyć mirrę, złoto i kadzidło. Muszę jedynie wyjąc z portfela siano i złożyć gdzie potrzeba.

Czytam dla pewności w książkach Mateusza i Łukasza jak było drzewiej i okazuje się, że dobrze pamiętałem – było na odwrót. Dziadka Mroza też nie sposób dziś uświadczyć, zresztą wydaje mi się, że biskup Miry również się chyłkiem wyniósł z naszego świata. W jego miejsce podszywa się pewien klown przebrany w ten sam czerwony płaszcz z białymi wyłogami. Ostatnio wydziera mi się w radio gadanym, życząc wszystkiego najtańszego. Takie życzenia to raczej przekleństwo, no bo, co jest najtańsze – to, co nic nie warte, liche, bez wartości. Życzyłbym sobie i moim bliskim raczej tego, co najdroższe. Nadziei, spełnienia, wiary czy miłości. Fakt, to wszystko kosztuje, ale przecież w pewnym sensie właśnie dlatego jest cenne. Najtańsze natomiast jest to, co właściwie jest śmieciem, więc życzenia wszystkiego najtańszego odbieram jak złorzeczenie.

Tak oto wyglądają w mojej percepcji święta obecnie. Taki jest, można powiedzieć, stan pacjenta, bo odnośnie tego czy stan taki jest chorobą czy nie, nikt chyba nie ma wątpliwości. Powstaje pytanie – parafrazując Generała – co za tym stoi, jak brzmi diagnoza, co jest przyczyną niedomogi? Domyślam się, że rozczaruję zaintrygowanego Czytelnika tym, jak bardzo banalny okazuje się powód. Zresztą, na marginesie warto może zauważyć, że zasadniczo istnieje pewien immanentny atrybut zła, który można określić jako powszedniość. Philip Zimbardo nazywa go banalnością zła, a wielki przyjaciel Tolkiena, Clive Staples Levis, swego rodzaju przenicowaniem, które sprawia, że na zewnątrz widzimy wielkie idee i nośne hasła, podczas gdy w środku zwykle pozostaje pustka i niemal dziecinna złość lub pożądanie. Tak jest i w tym przypadku. Na zewnątrz wielkie słowa o nowoczesności, postępie i trosce o to, aby każdy mógł być szczęśliwy w czas narodzenia Boga. Wewnątrz żądza zysku okradająca nas z chwili, która może w nas zabić Ebenezera Scrooge’a, by ustąpić miejsca pewnemu nieuczonemu cieśli, który był na tyle głupi, by próbować karmić wielotysięczny tłum kilkoma bochenkami chleba i paroma rybami. Diagnoza brzmi krótko i prosto. Choroba, która dotyka nas również w czas świąteczny, nazywa się chciwość. Chciwość i jej córka lichwa – Usura.

Istotą Bożego Narodzenia jest misterium. Rodzaj tajemnego zjednoczenia z rzeczywistością jaką wyraża, którego celem jest jej autentyczne przeżycie. Misterium jest magiczne w swojej istocie, co intuicyjnie czujemy mówiąc o magii świąt. Dla naszej cywilizacji – czy się to komu podoba czy nie – wyrastającej z korzenia zachodniego chrześcijaństwa, misteryjność świąt grudniowych polegała na doświadczeniu narodzin Boga w sercu każdego z wiernych. Dla wszystkich – wierzących czy abnegatów – czas świąteczny był nie tylko refleksją nad określoną prawdą, czy jak kto woli opinią, ale przede wszystkim czasem, który otwierał furtkę w osnowie rzeczywistości. Furtkę, przez którą, to, co nadnaturalne, gwałtem wdzierało się w życie człowieka. Dla chrześcijan ową rzeczywistością była supernatura, która dzięki narodzinom Boga w ludzkiej postaci, mogła stać się ich udziałem przez identyfikację. Misteria zresztą tak rozumiane nie są wcale ściśle związane z chrześcijaństwem. Istniały znacznie wcześniej niż ono. Ot, choćby w starożytnej Grecji blisko Aten leżało miasto Eleusis, w którym odbywały się misteria dionizyjskie, związane nadto z kultem śmierci i zmartwychwstania wyrażanych symbolicznie przez odradzającą się po zimie przyrodę w kulcie Demeter i Persefony. Notabene, podobnie jak później we wczesnym chrześcijaństwie, ani status społeczny, ani majątek, ani płeć nie miały żadnego znaczenia dla udziału w owych ceremoniach. Wymagana była jedynie, jak to określają manuskrypty, czystość serca…

Dwa tysiące lat później Ezra Pound, ten sam, który jedną trzecią swojego życia spędził w amerykańskim więzieniu, z czego pewną część w klatce niczym nie różniącej się od klatki w zoo – ten sam, który był zmuszony spisywać swoje wiersze na papierze toaletowym, gdyż liberalny zachodni świat bał się prawdy zawartej w jego tekstach – napisał, że to właśnie lichwa, czy po prostu szerzej rzecz ujmując, chciwość zamienia misterium w histerię. Histerię zakupów, wrażeń, poszukiwania przyjemności i żądzy łatwego zysku ze sprzedaży paciorków skarlałym tubylcom, którzy wysprzedali się z mocy umysłowej w stopniu tak znacznym, że nie odróżniają tego, co jest złotem, w ogniu wypróbowanym od złotka, w które jest zawinięte coś brązowego i o czym handełes mówi, że to słodki cukierek. Pisze więc Pound, że to lichwa – usura tępi igłę w dziewczęcym ręku, rwie nić na krosnach, zżera dłuto, rakiem toczy lazulit, a tkaczkom odbiera nić złotą. Zamienia sztukę w sztuczkę, w miejsce Świętego z Miry stawia klowna, tajemnicę „Opowieści Wigilijnej” zamienia w teatralny show na wybiegu rodem z tandetnej budy cyrkowej. Wybiegu, o którym myślimy, że jest wybiegiem dla modelek, a który w rzeczywistości jest raczej wybiegiem dla bydła. Diagnoza Pounda kończy się surową refleksją. Pisze tedy wielki poeta, że ci którzy za ten stan rzeczy odpowiadają, sprowadzili nierządnice do Eleusis, a trupy posadzili za stołem biesiadnym. Patrząc na polskie stoły wigilijne – nie wszystkie rzecz jasna, ale te jedynie, przy których siedzący tępo gapią się w telewizory czy smartfony lub niewidzącym wzrokiem dyscyplinują drżącą rękę podnosząca kieliszek – trudno nie odnieść wrażenia, że wielki imażynista nie pomylił się w diagnozie. Contra naturam zachorowaliśmy na chciwość.

Jako odtrutkę, życzę więc wyrozumiałemu Czytelnikowi, jak też i sobie samemu, wszystkiego najdroższego, tego co kosztuje i czego trzeba poszukiwać z wysiłkiem, poświęcając często siebie samego, podejmując walkę z samym sobą i tym, co nas otacza; walkę z własną słabością, małością, lękiem, niewiarą. Wszystkiego tego, czego nie da się kupić, a tym bardziej nie da się kupić na kredyt, spłacając później lichwiarskie odsetki strachu, zależności, wyrzutów sumienia, miałkości życia i nieznośnej lekkości bytu. Wszystkiego najdroższego!

Suplement dla ciekawskiego Czytelnika:

Sam Pound, pod koniec swojego życia, wyraził opinię, że w swojej ocenie pomylił objaw z chorobą, którą jest chciwość, a której symptomem jest lichwa. Jako kolejną ciekawostkę warto przytoczyć fakt, że Kościół rzymski od zawsze oceniał lichwę jako akt niemoralny. Aktualne stanowisko społecznej nauki Kościoła podaje, że przez lichwiarstwo i chęć zarobku, powodujące głód i śmierć swoich współbraci, spekulanci pośrednio popełniają zabójstwo, za które są odpowiedzialni. Z kolei Tomasz Akwinita uważał, że lichwa jest próbą postawienia się w miejscu Boga, gdy lichwiarz generując pieniądz z niczego, to jest z odsetek, podejmuje próbę stworzenia ex nihilo, uzurpując sobie pozycję bożą.

Ezra Weston Loomis Pound, Canto XLV (Usura Canto)

 

Gdzie Lichwa, nikt nie ma domu z dobrego kamienia,

z bloków gładko ciosanych, co ściśle przylegają do siebie,

iżby deseń mógł pokryć fasadę.

Gdzie Lichwa, nikt na ścianie swego kościoła nie ma obrazu raju, harfy i lutni,

ni miejsca kędy anioł Pannie zwiastuje, a z nacięcia strzela aureola.

Gdzie Lichwa, nikt nie ujrzy Gonzagi, dzieci jego, konkubin,

nikt obrazu nie stworzy, by przetrwał, byś z nim obcował,

jeno żeby go sprzedać, sprzedać co najrychlej.

Gdzie Lichwa, grzech przeciw naturze, chleb twój z butwiejących szmat,

chleb twój – suchy jak papier, nie masz w nim górskiej pszenicy,

nie masz mąki solidnej.

Gdzie Lichwa linia staje się niezdarna,

Gdzie Lichwa nie masz wyraźnych granic

i nikt miejsca nie znajdzie na swe domostwo.

Kamieniarzom broni się kamienia, tkaczom broni się krosien.

Gdzie Lichwa, wełna nie trafia na targ, owce zysku nie dają, gdzie Lichwa.

Lichwa to zaraza, Lichwa stępi igłę w dłoni dziewczęcej, spęta zręczność prządki.

Pietro Lombardo nie stworzyła Lichwa,

Nie Lichwa stworzyła Ducia, ni Piero della Francesca;

Nie z Lichwy Zuan Bellin, nie przez nią La Calumnia powstała.

Nie Lichwa stworzyła Angelica; nie ona Ambrogia Praedis.

Nie stworzyła kościoła z ciosanego kamienia z podpisem Adamo me fecit.

Nie z Lichwy St. Trophime. Nie z Lichwy St. Hilaire.

Lichwa rdzą zżera dłuto. Rdzą zżera majsterstwo i majstra.

Ona nić rwie na krosnach.

Tkaczka żadna już się nie dowie, jak wzór złotem przetykać.

Gdzie Lichwa, przez rak stoczony lazulit; nie haftuje się cramoisi.

Szmaragd nie znajduje Memlinga.

Lichwa zabija dziecko w łonie, przerywa zaloty młodzieńca.

W łoże wniosła paraliż; wciska się pomiędzy świeżo poślubionych.

Contra naturam sprowadzono kurwy do Eleusis.

Trupy usadzono za stołem biesiadnym, bo taka wola Lichwy.

The Fifth Decade of Cantos (1937)

Komentarzy: 1

Twój adres nie zostanie nigdzie opublikowany. Wymagane pola są zaznaczone gwiazdką *