Dybkowski nieznany

Views: 384

W albumie „Janusz Kazimierz Dybkowski – portret niepokorny”, wydanym na początku mijającego roku sumptem Ośrodka Działań Artystycznych w Piotrkowie, przedstawiłem postać jednego z najbardziej rozpoznawalnych artystów fotografików i fotoreporterów regionu ostatnich dziesięcioleci. Jednakże każda książka jest swoistym kompromisem pomiędzy wizją autora a wydawcy, względnie recenzenta lub recenzentów (oficjalnych bądź nieoficjalnych). Wydawca biografii Janusza Dybkowskiego, czemu dziwić się nie można, położył szczególny nacisk na artystyczny wydźwięk publikacji, przez co liczne pozatematyczne wątki musiały zostać pominięte. Pojawiały się one jednak niemal w każdym z kilkudziesięciu wywiadów, które przeprowadziłem, rozmawiając o Januszu. Ukazały nie tylko ludzką stronę postaci ze wszystkimi jej zaletami i wadami, ale również szeroki kontekst kulturowy i środowiskowy, w którym mój bohater funkcjonował. Stąd pomysł publikacji w odcinkach na łamach portalu „Piotrkowski24.pl” najciekawszych fragmentów. W dzisiejszym wydaniu zamieszczamy fragment części pierwszej.

Książkę można nabyć w Piotrkowie na ul. Sieradzkiej 8, w godz. wt–pt 10.00-18.00; so 12.00–18.00; nie 14.00–18.00.

Cz. 1. Imprezowo

– W redakcjach intensywnie obchodziliśmy imieniny i „jajeczko wielkanocne” – wspomina Andrzej Kobalczyk. – Mieliśmy też integracyjne spotkania oddziałów „Głosu Robotniczego” z innych województw. Przyjeżdżali koledzy z Sieradza, Skierniewic i Łodzi. Te imprezy zaczynały się w klubo-kawiarni, prowadzonej przez RSW „Prasa-Książka-Ruch”, u słynnej pani Felicji w tzw. „felicjówce” (na piętrze „popówki” – u zbiegu ul. Słowackiego i Sienkiewicza), a kończyły bardzo często w „Europie”. Jaki to był wystrzałowy lokal! Ale zdarzało się, że kończyliśmy w „Mozajce” na rogu Sieradzkiej i Stronczyńskiego vis-à-vis „Złotego Rogu”. Za „Mozajką” kilka kroków dalej, w tym samym budynku, działał wcześniej „Kaczy dołek”, mordownia, gdzie piło się na stojąco. Śmialiśmy się, że niektórzy ruszali szlakiem barykad, zaliczając jednej nocy np. „Staromiejską” i „Ormianina” w Rynku Trybunalskim, by ostatecznie wylądować w piwnicach „Rycerskiej” na rogu Wojska Polskiego i Toruńskiej.

– Imprezy zaczynały się w naszych mieszkaniach: u mnie na ul. Wysokiej w kawalerce, którą odziedziczyłem po dziadku; u mojego kuzyna, niestety, nieżyjącego już Piotrka Bugajskiego na Wyzwolenia lub u Jasia na Słowackiego – wspomina Tomasz Olejnik. Gadaliśmy o wszystkim i graliśmy w pokera, popijając wódeczkę. Wygrany, jeszcze tego samego wieczora, stawiał kolację w popularnym „Fikołku” na Garbarskiej, gdzie kończyła się większość spotkań. Czasem udawało nam się nawet „porządzić” za bufetem baru, ale nikt nigdy nie miał o to do nas żadnych pretensji, bo zawsze była pełna kultura i humor. W tamtych ponoć „niesłusznych” czasach żyło nam się znacznie łatwiej i było nas stać na to, by się zabawić.

– Jak na tamte czasy – mówi Robert Westrych – podsulejowska „Wiktoria” miała niesamowity rozmach. To był lokal z dużym parkietem po środku i stolikami wokoło. Do tego bardzo poważne nagłośnienie plus efekty świetlne. Tutaj w regionie na pewno nie było niczego ciekawszego. Natomiast „Fikołek” miał dwa etapy. Pierwszy, tylko knajpki z wysokimi stołkami, z którego kiedyś o mało bym walnął, gdyby mnie barman zza blatu nie złapał, a później tę prawą część rozbudowali i dopiero wtedy powstała dyskoteka.

W „Wiktorii” bywał często również Bogdan Wójcik vel „Bambo”, piotrkowski taksiarz, który poznał się z Januszem w „Fikołku” na początku lat 80., wówczas kierowca w urzędzie wojewódzkim. – Prawdziwie kultowa knajpka Piotrkowa, gdzie wszyscy przychodzili. Ludzie znali się tam jak łyse konie. Gdy tylko wchodziliśmy do „Fikołka”, od progu rzucane były jakieś teksty, bo dzień wcześniej się popiło i odstawiało numery. Tam była mocna ekipa, zgrani ludzie. Zresztą, inne czasy. Nikt nie wnikał, że pijemy, a ja np. nie mam dzisiaj kasy. Mało tego! Wchodziłem do knajpy i miałem przykładowo 50 zł. Wracam do domu i mam 80, a pijany jestem w sztok! Kurde, przychodzę na drugi dzień i mówię: „Nie wiem co jest grane. Wychodziłem z domu miałem 50 zł, a wracając już 80”. A kumpel na to: „Taaa, bo ja zapłaciłem rachunek, a ty resztę zgarnąłeś”.

– Wchodzimy kiedyś do „Fikołka”, patrzymy, Jasiu siedzi, a z nim taaaka dupa – za przeproszeniem! Górna póła! Kurde! Był szarmancki. Kolacja, świece, róża, dobre wino itd. Na początku, gdy wchodziliśmy, to nie chcieliśmy im przeszkadzać. No, ale później jeden, drugi kieliszek. Już leci jakiś tekst i… po chwili siedzimy razem. No i później kończyło się tym, że panienka lądowała gdzie indziej i z kimś innym. Jasiu zainwestował, a tu… No, ale nigdy nie miał do nas o to jakichś pretensji. Może kobiety wykorzystywały go, bo dziennikarz, fotoreporter, znany. Może chciały coś tym ugrać. Ale Janek był za grzeczny, nie potrafił tego wykorzystać. A te panienki bywały takie, że jeden wieczór, ooo, jakaś tam kolacja i już można było teges…

– Nie zapomnę. Gdy tylko pojawiały się jakieś świeże panienki w „Fikołku”, to wołało się kelnerkę. Co one tam piją? Aha, jakieś wino. Dobra, idź, zanieś im. Ta przynosi, one zszokowane. – Przecież nie zamawiałyśmy. – To od tamtych panów – mówiła kelnerka. No i za chwilę panie były zgarnięte. Mieliśmy takiego kolegę, Piotrka Bugajskiego – „Miśka”. Misiek miał kawalerkę. Mówiło się – Misiek, daj klucz. No, ale nie dawał od razu, bo trzeba było najpierw Miśkowi „setkę” zamówić. No i chłopak przekręcił się przez to, bo tak się rozpił, że mu wątroba wysiadła. Ale pamiętam, że kiedyś wytargaliśmy jakieś dwie panienki. Oczywiście nocowaliśmy u Miśka. Rano, godz. 8.00, jest zima, więc dopiero świta. Dzwonek do drzwi. Co jest grane?! Misiek otwiera. A tu Jasiu wpada z… torbą pełną budzików. Zbliżał się koniec roku i przyszedł zrobić sesję zdjęciową do noworocznego numeru „Tygodnika Piotrkowskiego”. Nocowała z nami wtedy fajna dziewczyna, filigranowa blondynka, której Jasiu cyknął zdjęcie. Później, gdy zobaczyliśmy z Piotrkiem gazetę, tośmy się chichrali, bo wiedzieliśmy w jakich okolicznościach zostało zrobione. Gdy przyszedł Janek, panienki były mocno wczorajsze, bo tęgo popiły. Kaca zabiły jednak klinem, znów wchodząc na obroty. – A co tam będziemy w ciuchach – wypaliły. Toples! Ale później pewnie to sobie trochę przemyślały i wystraszyły się, że on to może gdzieś opublikuje. Na wątpliwości jednej z nich odpowiedział krótko: „Spokojnie, nie martw się”. Pod tym względem Janek miał swoje zasady. No, może co prawda, źle na tym wychodził, ale tu był naprawdę w porządku. Nigdy nikomu nie zrobił żadnego świństwa. Przynajmniej nie w naszym gronie.

– Bywało, że z „Fikołka” jeździliśmy do „Wiktorii” – wspomina „Bambo”. Na bramce stał zawsze goryl o ksywce „Kamaz”. Taki chłop z Sulejowa, jak go nazywaliśmy. Problem w tym, że do „Wiktorii”, do godz. 22.00, można było wejść tylko na rezerwację, a nie zawsze udawało się dokonać jej na czas, bo zainteresowanie lokalem było ogromne. Ludzie przyjeżdżali nawet z Łodzi i Pabianic. Dawaliśmy więc „Kamazowi” w łapę, by nas wpuścił, ale nawet wtedy robił wielką łachę. Wreszcie myślę sobie – czekaj, kurwa… W pokoju kierowców urzędu wojewódzkiego mieliśmy telefon. Dzwonię więc np. w poniedziałek do „Wiktorii” i mówię, że chciałbym zarezerwować boksik lub stolik. – Na jakie nazwisko? – Zacierkowski – odpowiadam. Dobra, zapisała. Za godzinę mówię do kolegi – teraz ty zadzwoń i zamów miejsce na nazwisko Kowalski… Później zrobiłem z tego nawet mały biznes. Stoję przed lokalem i widzę, że podjeżdżają dwie taksówki z Łodzi. Oczywiście goście pytani są w progu o rezerwację. Nie mają, więc „całują klamkę”. W momencie jednak, gdy bramkarz odchodzi, ja podchodzę i za drobną opłatą proponuję rezerwację. Wystarczyło, że zrobiłem rezerwację czterech boksów i dwóch stolików, a nie dosyć, że przyjechałem do „Wiktorii” taksówką, najadłem się, napiłem, to jeszcze kasę do domu przywiozłem. Tu muszę dodać, że niektórzy goście mieli forsy jak lodu. Był np. taki lakiernik z Pabianic, który robił jakieś fuchy na boku. W jedną noc potrafił wydać więcej niż niejeden zarobił przez miesiąc. Kiedyś jednak przestał przyjeżdżać. Po jakimś czasie spotkałem go w Łodzi, gdzie urząd miał warsztat dla swoich samochodów. No i pytam – co nie przyjeżdżasz do Wiwy? – Kurwa, człowieku, wezwali mnie do skarbowego, pokazali rachunki z „Wiktorii” i jak mi dopierdolili domiar, to mi się odechciało.

Okazało się, że w lokalu siedział zawsze jakiś ubek, który gdy zamykano, prosił kierownictwo o rachunki z różnych stolików…

 

 

Komentarzy: 3

Twój adres nie zostanie nigdzie opublikowany. Wymagane pola są zaznaczone gwiazdką *