Fot. Pixabay

Dybkowski nieznany [z historii piotrkowskich mediów]

Views: 212

Cz. 3 (3). Z historii piotrkowskich mediów

Jak można wywnioskować z pośrednich przesłanek, Janusz rozpoczął pracę dla „Dziennika Piotrkowskiego” w 1994 r., choć nie wiadomo na jakich warunkach*. Wiadomo jednak, że od 1996 r. na pół etatu. Fakt ten znajduje potwierdzenie w zeznaniach podatkowych PIT-11 Dybkowskiego za lata 1997-1999 oraz umów o pracę, z których wynika, że w „Dzienniku Piotrkowskim” został zatrudniony, na wspomnianych warunkach, z dniem 2 stycznia 1996 r. Niestety, obnażają one również smutną prawdę o dochodach Janusza. W 1997 r. wraz z honorariami za prawa autorskie Janek zarobił 12 370 zł netto, co daje 1030 zł miesięcznie. Ale w roku 1998, jak wynika z dokumentu „Zestawienie składników”, wystawionego przez gazetę, wziął „na rękę” już tylko 8337 zł, czyli w skali miesiąca prawie 695 zł, a wg PIT-u 11 za ten sam rok 6 937 zł, czyli 578 zł netto miesięcznie. Tak czy owak, to pieniądze, nawet jak na tamte czasy, więcej niż skromne, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że Dybkowski mieszkał sam, a więc ciężar rachunków spoczywał wyłącznie na jego barkach. Tragiczny był rok 1999. Wprawdzie w ciągu pierwszych 6 miesięcy Janusz zarobił 8069 zł netto, czyli nieco ponad 1344 zł miesięcznie „na rękę” wraz z honorariami, jednak 11 czerwca został zwolniony dyscyplinarnie (bez wcześniejszego wypowiedzenia), tracąc podstawowe źródło dochodu. Gdy weźmiemy jeszcze pod uwagę, że podane wyżej wyliczenia miesięcznych zarobków, to wielkości uśrednione, bo nie uwzględniające różnic w wysokościach wypracowanych honorariów, to uzyskamy w miarę pełny (bo nie uwzględniający ewentualnych dochodów niewykazanych) obraz sytuacji finansowej niegdyś topowego i nieźle zarabiającego fotoreportera. A honoraria bywały różne. Przytaczamy wielkości brutto, bo po opodatkowaniu, niektóre stawki spadały do śmiesznych wielkości. Od 1997 do 1999 r., w skali miesiąca, odpowiednio: 112-845 zł; 200-700 zł; 520-1005 zł.

– Poza tym, że Jasiu stracił środki do życia, to stracił zajęcie, które było jego pasją. Za pół darmo tam pracował, ale mógł się realizować, co było dla niego najważniejsze… – mówi z nieukrywanym smutkiem Dariusz Krasoń.

I nie miało znaczenia, że w roku zatrudnienia na te pół etatu, choć 1 kwietnia… wojewoda piotrkowski, Stanisław Witaszczyk, uhonorował fotoreportera oficjalnymi podziękowaniami z okazji piątej wystawy autorskiej „Zawód-Reporter”. Nawiasem pisząc, w 1996 r. Dybkowski znalazł się wśród 40 najlepszych fotoreporterów w kraju, których prace zakwalifikowano do Konkursu Polskiej Fotografii Prasowej. Natomiast w grudniu tego samego roku w Ogólnopolskim Konkursie Fotograficznym „Polscy Strażacy”, zdobył aż trzy nagrody, a jako jeden z trzech fotoreporterów w Polsce został uhonorowany „strażackim toporem”**. Nie miało znaczenia również to, że raptem 6 dni po wylaniu z roboty, 17 czerwca 1999 r., Janusz otrzymał wyróżnienie na Fotograficznych Mistrzostwach Polski w kategorii fotografii prasowej za pracę „Ocean ognia”. Oczywiście post factum nie mogło to już mieć żadnego znaczenia sprawczego, ale świadczyło o aktywności fotoreportera, który dzięki sukcesom jakie odnosił był jednocześnie świetną wizytówką i reklamą firmy, dla której pracował. Otóż, nie! Dla pracodawcy liczyło się jedynie, że zdjęcie Dybkowskiego, wykonane w 1996 r., trzy lata później pojawiło się na odległej, bo 20 stronie niekomercyjnego periodyku samorządowego „Region to my” (nr 1/99).

Cała sprawa była na tyle kuriozalna, że warto ją przytoczyć w oparciu o zachowane dokumenty.

Po zrobieniu przedmiotowego zdjęcia (mniejsza o okoliczności) do Dybkowskiego zgłosił się Władysław Hartman, ówczesny prezes Przyjaciół Towarzystwa Miasta Piotrkowa Trybunalskiego, organizacji, która w 1999 r. obchodziła 35-lecie istnienia. Chciał mieć swoją fotografię (jako prywatną pamiątkę), poprosił więc o odbitkę, na co Janusz życzliwie przystał. I pewnie kontrowersyjne zdjęcie pozostałoby jednym z wielu „anonimowych” w prywatnym archiwum Hartmana, gdyby nie fakt, że w styczniu do prezesa zgłosił się Paweł Larecki, dziennikarz, który od lat współpracował z Towarzystwem, publikując w 1989 r. na jego 25-lecie tekst, mający mieć teraz swoją kontynuację. Poprosił działacza o jakąś jego fotografię, która miała posłużyć jako ilustracja do artykułu. W „Oświadczeniu” skierowanym do Sądu, pod datą 14 lipca 1999 r., prezes Hartman napisał m.in.: Przekazałem ją panu Pawłowi Lareckiemu bez uzgodnienia z autorem i ofiarodawcą, panem redaktorem Januszem Dybkowskim. Pan Janusz Dybkowski nie wiedział, że zdjęcie jego autorstwa zostanie opublikowane bez jego zgody w tym miesięczniku.

Osobne oświadczenie pod datą 19 lipca 1999 r. wystosowała do Sądu Rejonowego IV Wydziału Pracy w Piotrkowie Tryb. również redaktor naczelna „Region to my” Dagmara Barua: Informuję, iż zdjęcie autorstwa pana Janusza Dybkowskiego do wykorzystania w miesięczniku „Region to my” dostarczył do redakcji pan Paweł Larecki, autor artykułu „Zakochany w Piotrkowie Trybunalskim” (nr 1/99). Do dziś autor zdjęcia, p. Dybkowski nie odebrał honorarium za swoją pracę.

Ponadto chciałabym podkreślić, że pismo „Region to my” nie jest pismem konkurencyjnym w stosunku do innych wydawnictw, mediów, ponieważ jest pismem samorządowym, wydawanym przez Sejmik Województwa Łódzkiego w nakładzie 5 tys. egzemplarzy. Jego adresatami są wszystkie szczeble administracji samorządowej, placówki kulturalne itp. Kolportowane jest bezpłatnie.

Nie zadając sobie trudu zbadania sprawy, ba, wykazując się rażącą – a zarzucaną Dybkowskiemu – nierzetelnością, prezes Prasy Łódzkiej, Maciej Jankowski, doktor prawa (sic!), napisał, a z pewnością podpisał uzasadnienie zwolnienia z powodu ciężkiego naruszenia obowiązków pracowniczych (…). Wywodząc dalej odkrywczo, że: Zgodnie z zawartą umową o pracę (…) winien Pan uzyskać zgodę wydawcy na publikowanie własnych utworów w dziennikach innych niż „Dziennik Łódzki”, a w przypadku publikacji w innych mediach niż dzienniki zobowiązany jest Pan do umieszczenia pod nazwiskiem nazwy redakcji macierzystej oraz zgłoszenia faktu publikacji odpowiednim służbom pracodawcy. Obowiązku powyższego zawartego w § 4 pkt. 1 i 2 umowy o pracę Pan nie dotrzymał.

Banalna sprawa publikacji zdjęcia posłużyła bowiem jedynie za pretekst do niebanalnego zwolnienia, ponieważ koncern Polskapresse, należący do Verlagsgruppe Passau, planował przejęcie dziennika „Wiadomości Dnia”, do którego doszło w istocie w 2000 r. Zbędne więc stały się dwa zespoły redakcyjne w jednym mieście, dlatego zlikwidowano piotrkowski oddział „Dziennika Łódzkiego” – „Dziennik Piotrkowski”. A gdyby tak jeszcze udało się nie wszystkim wypłacić bolesne dla firmy odprawy… Z dawnego zespołu jedynie Sławomirowi Sowie zaproponowano przejście do Łodzi. Następnie doszło do połączenia tytułów „Dziennik Łódzki – Wiadomości Dnia”, z czasem jednak ten drugi człon w nazwie zaniknął. W czerwcu 2000 r. Niemcy odkupili również od Stanisława Stępnia tygodnik „7 Dni Piotrków”, który stał się integralną częścią „Dziennika Łódzkiego”, wychodząc w każdy piątek na terenie powiatu piotrkowskiego. Jednak wobec zmian w formule gazety, dotychczasowy naczelny „7 Dni Piotrków”, Stanisław Stępień, w 2004 r. założył własne pismo „Ziemię Piotrkowską”, nawiązując tytułem do tradycji „Gazety Ziemi Piotrkowskiej”. W tym sensie historia zatoczyła koło. Dla Janusza Dybkowskiego było już, niestety, za późno…

– Ta sprawa nie dawała mu spokoju – mówi Robert Westrych. W ogóle z Janusza czasem wychodziła złość, rozżalenie, bo był to człowiek ambitny, lubił doceniać ludzi, ale sam też chciał być docenionym. Pamiętam, wypiliśmy jakąś wódeczkę, a było już po 22.00, więc przenieśliśmy się z knajpy do jego mieszkania na Słowackiego, by kontynuować. I w pewnym momencie Janek mówi: „No i zobacz, kurwa, 45 lat na karku…!” I te swoje prace, dyplomy, nagrody cisnął zamaszystym ruchem po podłodze, wymieniając ich tytuły.

Mecenas Roman Illinicz wspomina, że Janek przyszedł kiedyś do niego wzburzony z folderem, który wydała chyba kopalnia Bełchatów. – Znalazł w nim jakieś swoje zdjęcie lub zdjęcia, które zostały tam zamieszczone anonimowo i oczywiście bez jego zgody. Nie pamiętam tylko finału tej sprawy. W każdym razie pokazał mi oryginał i ten folder, mówiąc: „Patrz, to są moje zdjęcia. Ukradli je i nic mi nie zapłacili, a tu publikują bez nazwiska”. Takie właśnie sytuacje go prześladowały…

Tymczasem wysokość renty, którą Janusz Dybkowski pobierał od 2000 r. była żenująco niska. W 2001 r. 636 zł (nie licząc groszy), a w 2002 r. 639 zł z hakiem. Wkrótce znajomi Janka, widząc, że nie dojada, coraz częściej, pod różnymi pretekstami (bo inaczej – co zgodnie podkreślają – nie pozwoliłby sobie pomóc) zaczęli zapraszać go na obiady… Bywało, że obiady jadał u siostry, ale zdarzało się również, że posiłki na Słowackiego przynosiła mu w słoikach, nawet z zapasem na kilka dni.

Często, gdy wiedziałem o jakiejś imprezie – ślubie, komunii itp. – to mu podsuwałem, żeby zarobił sobie. Tak, to były jakieś 3 lata przed śmiercią, kiedy został właściwie bez środków do życia – mówi Bogdan Marut.

Robert Westrych wspomina był taki moment, że wszystkim nam się nie najlepiej wiodło. No i u mnie w zakładzie był taki prawie squat, na który składało się zaplecze i kuchnia, więc coś tam czasem ugotowaliśmy. Janusz, człowiek raczej mięsożerny. Ale kiedyś z Tomkiem Żerkowskim zrobiliśmy coś jarskiego z warzyw. Jakąś sałatkę, w sumie takie nie wiadomo co. Janek wpadł i mówi: „Kurde, coś bym zjadł. Nie macie czegoś?” – No, mamy sałatkę. Nie bardzo mu to podeszło, ale jakoś się przemógł. Innym razem siedzi na krzesełku, a obok na sznurku wisi sobie pęto kiełbasy, nieco dalej zaś suszą się wywołane zdjęcia. Janek patrzy na tę kiełbasę i po chwili mówi w swoim stylu: „Wiesz co, utnę sobie tak ze dwie klatki”.

Dariusz Krasoń twierdzi, że Janusz w końcu postanowił otworzyć swój zakład fotograficzny. Faktycznie – wtrąca Bogdan Marut – kompletowałeś mu już nawet jakiś sprzęt: lampy, stojaki…, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło.

Sławomir Hoffer wspomina z kolei, że już w latach 90. namawiał Janka, by otworzył swój zakład fotograficzny. Mówiłem Janusz, przecież musisz z czegoś żyć. Otwórz coś, żebyś miał szyld. Robisz świetne zdjęcia. Nie musisz mieć atelier, bo teraz na ogół fotografowie ślubni pracują w plenerze. Taka jest moda. Idź w tym kierunku namawiałem. Janusz jednak bardziej był artystą niż rzemieślnikiem. Celował w jedno zdjęcie i rzadko robił zdjęcia ślubne. No, chyba, że dobry kolega go poprosił. Ale ogólnie miał z tym problem, bo nie wiem, może bał się zaryzykować i otworzyć firmę. Zawsze wolał pracować dla kogoś.

W końcu jednak Janek zdobył się na odwagę i wraz ze wspólnikiem otworzył knajpkę w podwórku kamienicy na Słowackiego na wprost ul. Dąbrowskiego, której nadał nazwę przywodzącą na myśl tytuł słynnego filmu Miloša Formana z 1984 r. – „Amadeusz”. Zresztą, czy lokal artysty mógł się nazywać inaczej?

– Chodziliśmy tam czasem potańczyć – wspomina Westrych. A on zawsze namawiał nas: „przychodźcie, żeby coś tam się działo”. Stał za barem… Mogę powiedzieć, że ta jego postura, wygląd – umiał się zachować. Janek był całkiem przyzwoitym barmanem. No, cóż, to był właściwy człowiek na właściwym miejscu. (śmiech)

Ale interes nie kręcił się długo, może z pół roku. Wkrótce doszło do konfliktu ze wspólnikiem o pieniądze, którego źródłem był Jerzy Wijata. – Janusz pożyczył mu wcześniej ze swoich oszczędności ciułanych latami ogromną kasę, którą ten stracił i nigdy nie oddał***. Wkrótce jednak wspólnik, z którym Janek otworzył „Amadeusza” zaczął domagać się jego wkładu, a tych pieniędzy zwyczajnie już nie było – mówi Włodzimierz Bąkowski.

Można to wywnioskować z broszurowej informacji „Dziennika Piotrkowskiego” o terminie i miejscu wystawy fotografii Janusza, ponieważ nie zachowała się umowa o pracę ani żaden inny dokument mogący to poświadczyć. Na wspomnianej ulotce (z 1996 r.) napisano m.in., że Dybkowski: Od wielu już lat pracuje w tym zawodzie. Przez dwa ostatnie w redakcji „Dziennika Piotrkowskiego”.

** Ulotka informująca o wystawie fotografii prasowej Janusza Dybkowskiego „Zawód-Reporter”, mającej miejsce w galerii MDK w Radomsku w terminie styczeń-luty 1997 r.

*** Tomasz Żerkowski: Mnóstwo osób potrafiłoby o Janku źle powiedzieć, szczególnie ci, którzy narżnęli go na pieniądze…, a znam takich. Gdy stracił grunt pod nogami i pracę, to go wykorzystali.

 

Komentarzy: 0

Twój adres nie zostanie nigdzie opublikowany. Wymagane pola są zaznaczone gwiazdką *