Dybkowski nieznany

Views: 539

Dziś kolejna z serii niepublikowanych wcześniej opowieści o jednym z najbardziej rozpoznawalnych fotografów i artystów fotografików Piotrkowa ostatnich dziesięcioleci.

Cz. 1 (3) Imprezowo.

– Poznaliśmy się z Jankiem jakoś po stanie wojennym – mówi Robert Westrych. Swoją działalność fotograficzną uruchomiłem w 1982 r., jednak wcześniej działałem amatorsko, a ten światek był hermetyczny, więc oczywiście wiedziałem kim jest Janusz Dybkowski. Nie było nas wielu. Wszyscy się znaliśmy i byliśmy kolegami. Nie konkurowaliśmy, bo roboty było pod dostatkiem. Mało tego! Jeśli komuś się nie chciało lub miał więcej pracy, to klienta się przekazywało, polecając kolegę. Zresztą fotografowie piotrkowscy kilka, może nawet kilkanaście razy do roku, spotykali się na jednej dużej imprezie. Piło się wódeczkę, ustalało, ile będzie kosztowała „legitymacja”, ile poza ślubna. I klient mógł obejść cały Piotrków i nie miał szans choćby o 5 groszy taniej tego zrobić. No, mógł ktoś wziąć drożej, jeśli uważał, że ma ekskluzywny zakład lub że jest wyjątkowym fachowcem, ale taniej niż ustalona kwota nie wziął. Nasza znajomość z Jankiem zawiązała się właśnie na gruncie zawodowym, ale później rozszerzyła do przedziwnych rzeczy. Spotykaliśmy się przede wszystkim zabawowo. (śmiech)

– Swój pierwszy zakład miałem na ul. Łódzkiej. Później przesiadłem się na Słowackiego, bodaj 72, a potem przeniosłem w bramę między jednym a drugim oddziałem PKO, też na Słowackiego. Zakład fotograficzny działał tu już przed wojną. Jego właścicielką była niejaka pani Zielska, znana z tego, że robiła zdjęcia tylko przy świetle dziennym i miała przygotowane plakietki na drzwi, że „z powodu złej pogody zdjęć się nie wykonuje”. Mam fotkę zrobioną w tym zakładzie, na ówczesnej ul. Kaliskiej 9, którą przyniósł kiedyś jeden z klientów do zreprodukowania. Zrobiło ją sobie jakichś pięciu oficerów w 1925 r.

– Zaplecze mojego zakładu okrzyknięto później „Archiwum X”, ponieważ jestem zbieraczem różnych rzeczy. Kolekcjonuję kolumny i wzmacniacze, ale bywało, że ktoś przyszedł i pytał: „Robert, nie masz czasem… nóżki od pralki?” No i okazywało się, że i może mam, ale muszę poszukać. W ogóle, schodzili się u mnie ludzie o myśleniu artystycznym. Stałym bywalcem był Tomek Żerkowski i oczywiście Janusz Dybkowski, którzy przynosili zdjęcia do powiększenia. Ale przychodziła też dziewczyna, która skończyła fotografię we Wrocławiu. Pamiętam, przyniosła kiedyś negatyw, na którym „jest nic”. Jakieś ponakładane klatki, pozaświetlne, pobudowane. Poprosiła, bym coś z tym zrobił. Wszedłem do ciemni, powiększyłem, pokombinowałem, wyniosłem zdjęcia. Ona mówi: „Nooo, kurde, o to mi chodziło”. Spod mojej, czy naszej ręki, wyszło paru ludzi. Taki Rafał Uniszewski, który też skończył fotografię we Wrocławiu, Mariusz Cecotka obecnie główny fotograf, bodaj w jakiejś gazecie dla skate’owców i deskorolkowców.

W latach 90. Janusz był częstym gościem Roberta Westrycha w „Archiwum X”. – Były jakieś maskarady, przebieranki – mówi fotograf. Organizowaliśmy nawet wspólne Wigilie. Pamiętam, gdy Janek siedział w czapce Mikołaja, a później tańczyliśmy do „Lulajże, Jezuniu”. (śmiech) Janusz świetnie się nadawał do tego towarzystwa. Czasami, gdy wracał od Maruta, to przynosił flaszeczkę i mówił: „O, widzisz, on dostaje dobre trunki” (co sam lekarz nazwał „zemstą pacjenta”… – M.G.). No i przyniósł kiedyś jakiś koniaczek, a ja mówię: „Wszystko fajnie, tylko z czego my to będziemy pić. Nie mam odpowiedniego szkła”. A Jasiu: „No, jak to z czego? Z filiżanek”. Faktycznie, miałem takie ładne filiżanki do kawy, z których piliśmy w zakładzie. Również Bogdan Nowak „Jogi” wspomina, że kolega Marut przyniósł kiedyś „Napoleona”. – Usiedliśmy we trzech z Jankiem, myśląc o sobie jak o specjalistach, no ale wypiliśmy na siłę. Straszny był ten Napoleon! Normalnie piliśmy jak za karę.

– Był taki czas, że Janek chyba nie miał bliższych ludzi niż my – kontynuuje Robert Westrych – i przesiadywał u nas, bo w tym samym czasie często bywał również Tomek Żerkowski, któremu też się rodzinnie nie poukładało, więc czasami nawet nocował w „Archiwum X”. W ogóle spędzaliśmy tam wspólnie bardzo dużo czasu. Zrobiliśmy sobie kiedyś spotkanie, na którym obecny był fotograf Marek Wiśniewski spod Fary. Janek został okrzyknięty wtedy „Wujkiem Kudłatym”, No, ale kiedyś „Wujek Kudłaty” przychodzi do mnie z rana. Jakiś taki nieśmiały, obolały i mówi: „Słuchaj, podobno spadłem z jakiegoś wysokiego krzesełka w barze. Poczekaj, pokażę ci”. No, jak zobaczyłem, to się przeżegnałem. Siniak taki od połowy kolana do połowy pleców. Jego musiał wtedy potrącić jakiś samochód, bo to niemożliwe, by doznać takich obrażeń spadając z krzesła.

– W trakcie domówek – opowiada Sławomir Hoffer – często słuchaliśmy muzyki. Przeradzało się to w prawdziwe odsłuchy. Przy świecach i butelce wina z gramofonu leciały utwory naszego ulubionego zespołu „Procol Harum”, m.in. klimatyczny „A Whiter Shade of Pale”.

Włodzimierz Bąkowski pamięta, że Janusz kochał muzykę. – A miłość ta nie była tania. W latach 80. płyty kupował w księgarni na Słowackiego, gdzie wykorzystywał swoje znajomości, bo trudno było je wówczas dostać. Ale bywało, że kupował również w Peweksie po 10 dolarów za sztukę, podczas gdy miesięcznie zarabiało się 20 dolarów, ponieważ dolar kosztował 100 zł, a średnia wypłata oscylowała w granicach 2000 zł. Czyli cały miesiąc pracowało się na 2 płyty. To jakim trzeba było być pasjonatem, żeby pół pensji wydać na jedną płytę! Janusz uwielbiał „Bolero” Maurice Ravel’a, ale był idolem Neil’a Diamond’a. Miał w domu kilka jego płyt. Słuchał też muzyki poważnej, choć lekko sparafrazowanej, tj. w nowoczesnym aranżu. Nie przepadał za bieżącymi hitami. Przychodził do mnie na Belzacką i często ucinaliśmy sobie koncerty.

Janusz miał również ogromną kolekcję książek, która zajmowała dosłownie całe ściany. Czytał je z pasją, bo lubił dobrą literaturę. Kolekcjonował też… kufle do piwa, no i jakżeby inaczej – aparaty, za które gotów był dać każdą cenę.

Komentarzy: 1

Twój adres nie zostanie nigdzie opublikowany. Wymagane pola są zaznaczone gwiazdką *