Fot. UM Piotrków. Budynek, w którym jeszcze kilka lat temu mieścił się Hotel Trybunalski.

Dusiciel w Piotrkowie!

Views: 943

Jacek S. dusił swoje ofiary. Sąd ogłaszając wyrok, nie orzekł kary śmierci zapewne tylko dlatego, że w chwili popełnienia pierwszej zbrodni morderca nie miał ukończonych osiemnastu lat. Wyrok skończył mu się kilka lat temu.

Zaczęło się od wielkiego znaku zapytania. W dniu 3 maja 1984 roku w łódzkich gazetach ukazał się komunikat Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych (WUSW) w Piotrkowie Tryb. Dotyczył on prośby o identyfikację zwłok młodej kobiety znalezionej 1 maja w Piotrkowie Trybunalskim. Przy zwłokach nie znaleziono żadnych dokumentów. Ustalono jedynie, że dziewczyna została uduszona.

Na apel WUSW miało wpłynąć dużo informacji telefonicznych, dzięki którym udało się ustalić tożsamość kobiety. Była to 19-letnia Dorota P., zamieszkała w Łodzi na Teofilowie. Ustalono, że zameldowana była ona ostatnio w Hotelu Trybunalskim i tam po raz ostatni była widziana 24 kwietnia. Śledczy ustalili więc, że do morderstwa mogło dojść między 24 a 30 kwietnia. W jakich okolicznościach została zamordowana, dlaczego właśnie ona i najważniejsze – kto był mordercą? – tego w dalszym ciągu nie wiedzieli śledczy. Opublikowano więc w prasie kolejne zdjęcie, tym razem zrobione jeszcze za życia. Niestety dalszych istotnych informacji nie udało ustalić przez najbliższe miesiące.

Sześć miesięcy później – 17 listopada 1984 roku, nie powróciła do domu inna 19-letnia mieszkanka Łodzi. Była to Iwona W. Znaleziono ją wkrótce martwą – śmierć również nastąpiła poprzez uduszenie. Dociekliwe śledztwo wykazało, że zamordowana mogła wiedzieć, kto był mordercą dziewczyny znalezionej 1 maja w Piotrkowie – była jej koleżanką! To był przełom.

Rodzice zamordowanej wskazali śledczym krąg osób, z którymi ostatnimi czasy się kontaktowała. Wśród nich był 18-letni Jacek S. – mechanik pojazdów samochodowych, zatrudniony w Przedsiębiorstwie Transportowym Handlu Wewnętrznego w Łodzi. To jego wytypowali śledczy na głównego podejrzanego. Jacek S. nie przyznawał się do zabójstw. W toku śledztwa wielokrotnie zmieniał zeznania, raz mówiąc, że tylko pomagał ukryć zwłoki, innym zaś razem, że był to tylko nieszczęśliwy wypadek.

Jego proces rozpoczął się dopiero 3 września 1987 roku – a więc prawie trzy lata po drugim morderstwie – przed Sądem Wojewódzkim w Łodzi. Tak długi okres oczekiwania na akt oskarżenia spowodowany był podobno potrzebą obserwacji sądowo-psychologicznej i przeprowadzeniem specjalistycznych badań. Jackowi S. zarzucono w nim dokonanie zabójstwa przez uduszenie obu dziewczyn oraz obrabowanie swojej pierwszej ofiary. W akcie oskarżenia ustalono, że Jacek S. po zamordowaniu Doroty P. zabrał jej 15 tys. zł, sukienkę, bluzkę i torbę o łącznej wartości 23 tys. zł, zaś już 30 kwietnia oferował jej sukienkę i bluzkę do sprzedaży. Kilka miesięcy później, w obawie przed ujawnieniem tej zbrodni, Jacek S. miał umówić się (zmieniając pierwotny czas i miejsce) z Iwoną W. w niezamieszkałym domu swoich rodziców i tam ją udusił – było to 17 listopada 1984 roku. Planował też podobno inne napady rabunkowe.

Sam proces sądowy również się przedłużał – a to z powodu potrzeby powołania nowych świadków, a to znowu z powodu nie zgłaszania się na rozprawę powołanych już świadków. Podczas rozprawy recepcjonistka z Hotelu Trybunalskiego, w którym to po raz ostatni widziano żywą Dorotę P., zeznała, że ofiara przyjechała do piotrkowskiego hotelu 24 kwietnia 1984 roku, po wcześniejszym opuszczeniu Hotelu „Grand” w Łodzi. Po raz ostatni recepcjonistka widziała ją wieczorem tego samego dnia, jak już po zameldowaniu opuszczała hotel w towarzystwie młodego, elegancko ubranego mężczyzny. Recepcjonistka nie była jednak pewna, czy był to Jacek S. Nie wiedziała też, czy Dorota P. wróciła wówczas do hotelu, bo dyżur w recepcji przejęła jej koleżanka, zamieszkała podczas rozprawy już daleko poza Piotrkowem, bo w Gliwicach.

Uwzględniając pewnie to, że Jacek S. podczas popełnienia pierwszej zbrodni nie miał ukończonych 18 lat oraz opinię psychiatryczną, prokurator nie zażądał kary śmierci, a jedynie karę 25 lat pozbawienia wolności oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych. Sąd ogłosił wyrok 27 stycznia 1988 roku. Był on zgodny z życzeniem prokuratury, a dodatkową karę stanowić miało też 100 tys. zł grzywny. Zapewne od kilku dobrych lat Jacek S. znów cieszy się wolnością.

 

Komentarzy: 0

Twój adres nie zostanie nigdzie opublikowany. Wymagane pola są zaznaczone gwiazdką *