Fot. Skreen z wywiadu z Marcinem Krakowiakiem. Rozmowa przeprowadzona była przez InTheCage.pl przed walką z Mateuszem Strzelczykiem dla Fight Exclusive Night (FEN).

Krakowiak nie do zatańczenia

Views: 362

Słyszałem o nim dużo dobrego. Jestem jednak człowiekiem małej wiary, więc postanowiłem sam się przekonać. Okazało się, że już kiedyś się spotkaliśmy – 15 lat temu w wolborskiej podstawówce, gdy na jakimś zastępstwie za nauczycielkę historii nawijałem o bitwach. Teraz role się odwróciły. No, może niezupełnie, bo też odpytywałem.

Marek Gajda: Jak to się stało, że trafiłeś do MMA?

Marcin Krakowiak: Sporty walki zacząłem trenować w 2008 r. Wcześniej grałem w piłkę w wolborskim „Szczerbcu”. Zresztą poszedłem za przykładem braci, którzy też grali, więc duch sportu zawsze był obecny w naszej rodzinie. Szukałem jednak dyscypliny bardziej indywidualnej. W drużynie piłkarskiej jest 11 graczy i nie wszystko zależy od ciebie. Natomiast MMA jest sportem indywidualnym, mimo że towarzyszy mi sztab ludzi, z którymi współpracuję: kto inny czuwa nad przygotowaniem motorycznym, kto inny nad dietą, mam też wielu sparingpartnerów. Ale do klatki wchodzę sam. Wprawdzie w narożniku są trzy osoby z zespołu, jednak w trakcie samej walki tylko ode mnie zależy, czy sędzia podniesie ostatecznie moją rękę do góry, czy nie. Poza tym, sporty walki dodają bardzo dużo pewności siebie, co zaobserwowałem, gdy zacząłem trenować.

Ale chyba tej pewności nie brakowało?

Yyy… ale z pewnością jest jej więcej. (śmiech) Może faktycznie, brakować, nie brakowało, natomiast jest na pewno na dużo większym poziomie. Wiem, że skoro takie rzeczy przechodzę na treningach i wychodzę z tego cało, to w życiu, gdzie również wiele może mnie spotkać, także z pewnością sobie poradzę.

Zaczęło się w 2008 r. Gdzie skierowałeś pierwsze kroki?

Do Tomaszowa Mazowieckiego i Stowarzyszenia Walk Kontaktowych „Tygrys”, gdzie pod okiem Pawła Pawlikowskiego wyprowadzałem pierwsze profesjonalne ciosy. To też jest długa i zawiła historia, bo sekcję po kilku latach zaczął prowadzić Marcin Abratkiewicz, a później całkowicie się posypała. Jeden z zawodników otworzył swoją sekcję, obecnie pod nazwą Academia Gorila, gdzie aktualnie trenuje sporo chłopaków z którymi zaczynałem. W międzyczasie, mimo młodego wieku, przeszedłem trzy operacje kolan, dlatego miałem rok przerwy. Aktualnie trenuję w Octopusie Łódź, gdzie jest świetny klimat, bardzo wysoki poziom szkolenia i wielu mocnych zawodników. Jest naprawdę z kim to robić. Mam nadzieję, że to zaprocentuje. Nawiasem mówiąc, sam też prowadzę zajęcia w moim rodzimym Wolborzu.

W hali sportowej przy gimnazjum?

Tak, w salce do aerobiku. Warunki mamy, jakie mamy. Jest 40 mkw. maty, ale uważam, że jeśli bardzo się chce, to można wypracować formę również w takich warunkach.

Zainteresowanie zainteresowaniem, wiadomo jednak, że sporty walki wymagają określonego charakteru, temperamentu. Czy zanim trafiłeś do MMA zdarzały ci się bijatyki?

Zdarzały się. W sumie jedno z takich starć było nawet jakimś inicjatorem do tego, żeby pójść w tym kierunku.

O co poszło? Ty zaczepiłeś czy ciebie zaczepiono?

To długa historia i nie chciałbym jej tutaj przytaczać. (śmiech)

Zadziora… Byłeś w wieku szkolnym. Biłeś się w szkole?

Raczej „po szkole” i poza jej terenem.

Pierwsze treningi. Wyglądały tak, jak to sobie wyobrażałeś czy inaczej?

Tak naprawdę nie wiedziałem, czego się spodziewać, bo sporty walki były wówczas dużo mniej popularne i niewielu wiedziało, co to jest MMA (Mixed Martial Arts – przyp. M.G.). Teraz dzięki federacjom KSW (Konfrontacja Sztuk Walki – przyp. M.G.) i FEN (Fight Exclusive Night – przyp. M.G.) świadomość zwykłych ludzi jest dużo większa. Wtedy naprawdę była niewielka, więc nie szedłem tam z jakimiś oczekiwaniami. Po prostu, poszedłem na pierwszy trening zobaczyć, jak to będzie wyglądać, no i spodobało mi się. Oczywiście zaczęliśmy od jakichś tam podstaw – chodzenia, ciosów prostych itd.

No właśnie, jak wygląda taki trening? Chodzi mi o proporcje. Ile się walczy, ile jest siłowni, ile np. cardio?

To zależy to od okresu, w którym jest zawodnik. Mówię tu oczywiście o sporcie zawodowym. Natomiast rekreacyjnie proporcje muszą być zachowane, choć uważam, że procentowo największy nacisk powinien być kładziony na technikę, żeby te ruchy były poprawne, prawidłowe. Generalnie, techniki są tak wymyślone, by osoba fizycznie słabsza była w stanie poddać osobę większą, silniejszą.

Co składa się na MMA? Jakie dyscypliny sportów walki?

Geneza powstania MMA, czyli mieszanych sztuk walki, jest prosta. Jako samodzielny sport walki MMA powstało na początku lat 90. ubiegłego wieku, by wyłonić najbardziej skuteczne techniki walki poprzez ich konfrontację. Konfrontowali się więc bokserzy z dżudokami, zapaśnicy z dżudżitejros itd. Wystarczy obejrzeć UFC (Ultimate Fighting Championship – przyp. M.G.), czyli najlepszą ligę MMA na świecie, gdzie na jednym z pierwszych turniejów wyszedł bokser w jednej rękawicy, bo twierdził, że jedną ręką poradzi sobie z dżudżitsu. Jak to się skończyło?

Nie poradził sobie.

No nie poradził sobie. (śmiech) Generalnie, przy tych pierwszych konfrontacjach brazylijskie dżudżitsu, czyli walka w parterze, okazało się najskuteczniejsze. Teraz to stosunkowo ewoluowało, choć nadal jest to młody sport. Trzeba jednak robić wszystkie płaszczyzny przekrojowo, więc zakres tych technik jest naprawdę ogromny. Jeśli coś jest skuteczne, jest wcielane do MMA. W dyscyplinie tej wyróżniamy trzy płaszczyzny walki: stójkę (sporty uderzane), klincz (gdzie wiodące są zapasy i judo) i walkę w parterze – na bazie brazylijskiego dżudżitsu. Każdą z tych płaszczyzn trzeba mieć doszlifowaną.

Rozumiem, że są takie treningi, gdy trenujesz tylko stójkę, np. boks, czy robisz wszystkie trzy elementy?

Różnie. Chodzimy zarówno na osobne dyscypliny, czyli np. boks i zapasy, ale również na treningi, gdzie jest to wszystko łączone. I są to już są wtedy właściwe, bo przekrojowe treningi MMA. Łączymy wtedy akcje uderzane z obaleniem, z kontrolą w parterze i szukaniem jakiegoś poddania.

Po jakim czasie stoczyłeś swoją pierwszą walkę na zwodach?

Po roku. Przy czym na pierwszym turnieju dostałem takie bęcki, że zastanawiałem się, czy to jest naprawdę to, co chcę robić. (śmiech) To były inne czasy, inna świadomość. Przynajmniej ja jej nie posiadałem na wystarczającym poziomie. Trener też w sumie nie miał jakiegoś doświadczenia w tego typu zawodach, więc pojechaliśmy tak naprawdę słabo przygotowani, bez pojęcia o limitach wagowych. Po prostu z sercem do walki. Było ciężko. Stoczyłem dwie walki, obie przegrane na punkty na pełnym dystansie. Nie wyglądało to za ciekawie. Ale uważam, że taki bodziec jest potrzebny, bo pozwala oddzielić ziarno od plew. To znaczy, jednostka słaba, gdy napotyka przeciwności losu, najczęściej się poddaje i odpada. Jednostka silna stara się im przeciwdziałać. Był to dla mnie bodziec, by ostatecznie postawić na sporty walki, bo wcześniej treningi MMA przeplatałem jeszcze z treningami piłkarskimi w „Szczerbcu”. Skutek był taki, że po pięciu miesiącach pojechałem na następny turniej i wygrałem wszystkie walki przed czasem.

Satysfakcja…

Ogromna, tak jak i zastrzyk motywacji.

Nie każdy chyba podołał?

Tak naprawdę wiele osób w ciągu tych lat przewinęło się obok mnie.

Treningi to również sparingi. Jak to wygląda?

Zależy od konkretnych przygotowań. Na obecnym etapie przygotowujemy się pod konkretnego zawodnika. Na parę miesięcy lub tygodni wcześniej wiem już, z kim będę walczył. Inaczej ma się sytuacja w przypadku zawodów amatorskich, gdzie po prostu zgłaszasz się do turnieju i dopiero na miejscu poznajesz przeciwnika. W przypadku sportu zawodowego te nazwiska znane są wcześniej, więc staramy się tak dobierać sparingpartnerów, by najbardziej odpowiadali stylem walki czekającemu rywalowi.

W MMA tak samo jak w boksie są kategorie wagowe. Ty walczysz…?

W kategorii średniej i półśredniej. Do tej pory walczyłem w kategorii średniej, czyli 84 kg, natomiast uważam, że jestem trochę za niski na tę kategorię i przechodzę do kategorii półśredniej. Już teraz w najbliższą sobotę (wygrana walka z Mateuszem Strzelczykiem – przyp. M.G.) walczę dla dużej organizacji Fight Exclusive Night w Warszawie na Torwarze i tutaj też miał być docelowo limit kategorii półśredniej, ale na półtora tygodnia przed walką wypadł mi kontuzjowany rywal i znaleziono zastępstwo; uważam że znacznie silniejsze niż pierwszy rywal. Mateusz Strzelczyk nie był jednak w stanie wypełnić limitu wagowego do 77 kg, dlatego został on podniesiony do 80 kg. Ale docelowo będę walczył w kategorii półśredniej 77 kg.

Skoro mówimy o kategoriach wagowych. Sportowcy sporo czasu poświęcają zrzucaniu wagi.

To robi się na końcu. Generalnie w sportach walki jest taka tendencja, uważam – niezdrowa, w sensie, że odbija się to na zdrowiu, że zawodnicy tną bardzo dużo tych kilogramów. Teraz będę bił się w kategorii 80 kg, które mam wnieść na ważeniu (wspomniana walka ze Strzelczykiem – przyp. M.G.). Ważenie jest w piątek rano, walka jest w sobotę wieczorem. I mimo tego, że na ważeniu będę miał ten limit 80 kg, to gdybym na walce miał wejść na wagę, to pewnie pokazałaby coś około 87 kg.

Jak wygląda zbijanie wagi?

Ja to robię tzw. hydrolizą. Zaczyna się tydzień przed wagą. Piję bardzo dużo wody, 6 – 8 l dziennie, chodząc w zasadzie cały czas z butelkami przy sobie. Następnie stopniowo to ograniczam, a na dwa dni przed wagą odstawiam. Do tego dochodzi sauna lub wanna, tak żeby wypocić jak najwięcej. Wodę najłatwiej wytrącić z organizmu i najłatwiej ją uzupełnić. Nie każdy to zbija, natomiast na poziomie zawodowym większość zawodników tak robi. Po co? Po to, żeby mieć później przewagę w klatce, tzn. każdy kilogram robi różnicę przy zaciąganiu, kontroli pozycji. Ten, kto odzyska więcej kilogramów, ma przewagę.

W sportach walki chyba najłatwiej o poważne urazy. Czym innym są jednak zawody, gdzie nie szkoda potencjalnego sukcesu okupić kontuzją, a czym innym sparingi. Chwila nieuwagi i można wyeliminować się na jakiś czas ze startów.

Dlatego na sparingach są większe rękawice tzw., sparingówki, które mają grubszą gąbkę. Do tego dochodzą kaski, napiszczelniki, owijki…

Widzę, że masz strzelony łuk brwiowy.

Tak, poszedł na debiucie zawodowym, gdy odniosłem zwycięstwo w Częstochowie nad bardzo mocnym Jackiem Bednorzem. To zwycięstwo szczególnie mnie cieszy, bo poddałem Jacka w drugiej rundzie, podczas gdy pierwsza była dla niego. Zresztą takie walki ze zmiennym scenariuszem są najciekawsze.

Ile jest rund w MMA?

Trzy rundy pięciominutowe. Chyba że jest walka o pas, wówczas pojedynek odbywa się na dystansie mistrzowskim pięciu rund pięciominutowych. Ale przewalczyć pięć rund na pełnym dystansie, to jest ogromny wysiłek. Generalnie sporty walki są sportem wytrzymałościowo-siłowym, bo trzeba mieć dobrą pracę tlenową, jak i móc w każdym momencie przyspieszyć, zerwać, wejść w beztlen. Dlatego na profesjonalne przygotowanie składa się bardzo wiele czynników.

Słyszałem, że w sportach walki występuje tzw. „pamięć mięśniowa”.

Tak, w sportach walki, chyba jak w każdym innym sporcie chodzi o to, żeby konkretne ruchy, techniki – rzuty, ciosy czy dźwignie dopracować sobie do tego stopnia, powtórzyć je tyle razy, żeby później w sytuacji zagrożenia, tudzież walki, nie zastanawiać się – „kurcze, gdzie ja miałem przełożyć tą rękę, jak miałem złapać” – tylko robić to z automatu.

Czyli nie da się ciebie zaskoczyć w ciemnej uliczce?

Zaskoczyć można każdego, choć myślę, że bym sobie poradził. (śmiech). Raz – że zajmuję się tym już 10 lat, dwa – że mam już bardzo duże doświadczenie, powiedzmy zawodowe, zdobyte na „bramkach”. Krótko mówiąc, miałem w życiu sporo takich sytuacji.

Na dyskotekach?

Nie tylko. Także w sklepach monopolowych, bo w takich miejscach też się dużo dzieje.

Praca w ochronie to twoje główne źródło utrzymania?

Imam się różnych zajęć. Generalnie pieniądze w sportach walki są niewielkie. Chyba, że mówimy o gwiazdach. Gdy patrzę na ilość pracy, którą należy włożyć… Oczywiście mam na myśli zawodowstwo, gdy trzeba trenować dwa razy dziennie. Chodząc do etatowej pracy na 8 czy 10 godzin nie ma takiej możliwości, żeby to pogodzić. Dlatego w sportach walki zawodnicy bardzo często dorabiają właśnie na bramkach, choć jest to bardzo kontuzjogenna praca, bo trafiają się różne osoby. Oczywiście zawsze staram się załagodzić wszystko słownie, ale nie zawsze się da.

Jakaś najbardziej podbramkowa akcja, w której brałeś udział?

Takich sytuacji przypominam sobie naprawdę dużo. Może nie ma co się rozwodzić na temat idiotów, którzy napiją się lub naćpają i szukają wrażeń. Ale taka z pierwszych sytuacji, która przychodzi mi na myśl, to gdy jeden gość próbował uderzyć mnie deską z ponabijanymi gwoździami. Na szczęście skończyło się bez szwanku.

Dla Ciebie…

Tak, dla mnie. (śmiech) Generalnie uważam, że osoby nietrenujące nie zdają sobie sprawy, jaką osoby trenujące jakąkolwiek dyscyplinę (boks, kick-boxing, zapasy i in.), mają przewagę nad zwykłymi, przeciętnymi Kowalskimi.

Gdy rozmawialiśmy przed ubiegłotygodniowym, wygranym przez ciebie pojedynkiem z Mateuszem Strzelczykiem i zapytałem o plany na przyszłość, powiedziałeś że właśnie ta walka jest dla ciebie szansą. Po pierwsze – duża federacja (FEN), więc zaczynają się już jakieś pieniądze. Po drugie, znacznie większy zasięg odbiorców, bo walka transmitowana przez kanały Polsatu. No i wreszcie było to dla ciebie, jak sam przyznałeś, ogromne wyzwanie. Ty miałeś na koncie raptem 4 walki zawodowe, podczas gdy Strzelczyk – liczący się zawodnik kategorii półśredniej w Polsce – aż 17. Powiedziałeś, że w przypadku wygranej z takim gościem, twoje nazwisko pójdzie w rankingach do góry. Stało się. Co teraz?

Mam podpisany kontrakt z Federacją Fight Exclusive Night, więc w tym roku na pewno wystąpię jeszcze dla tej organizacji. Do tego kontrakt nie jest wyłącznościowy, więc mogę walczyć też dla innych federacji. Możliwe, że 8 czerwca w Łodzi powalczę dla rosyjskiej federacji ACA (Absolutnyj Czempionat Achmat – przyp. M.G.), która wchodzi na nasz rynek.

Myślisz o KSW?

Szczerze, aż tak w przyszłość nie wybiegam. Po prostu chcę dawać jak najlepsze walki. Chcę, by były one interesujące, no i oczywiście chcę wygrywać. Jestem na początku swojej kariery i wiem, że mam jeszcze wiele elementów do poprawienia. Pracuję jednak z mądrymi trenerami i wierzę, że ten poziom będzie zwyżkował. A jakie oferty się pojawią? Czas pokaże. Dodam tylko, że na świecie absolutnym topem w MMA jest amerykańska federacja UFC, a nie KSW. No ale to nasza rodzima federacja, więc jest w Polsce bardziej znana.

Dzięki za rozmowę. Do zobaczenia 6 kwietnia na gali MMA w Wolborzu.

Również dziękuję i zapraszam.

Komentarzy: 0

Twój adres nie zostanie nigdzie opublikowany. Wymagane pola są zaznaczone gwiazdką *