Grupa 28 strażaków z województwa łódzkiego, w tym z jeden z Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Piotrkowie Trybunalskim, brała udział w gaszeniu rozległych pożarów lasów na Lubelszczyźnie. Strażacy z naszego regionu przez dwie doby walczyli nie tylko z ogniem, ale też ze zmęczeniem i trudnym terenem. To nie była zwykła akcja, do jakiej strażacy są przyzwyczajeni na co dzień. Gaszenie lasu na Lubelszczyźnie wymagało od nich zupełnie innego podejścia i ogromnego wysiłku fizycznego. Rozmawiamy z młodszym kapitanem Adamem Romasem z piotrkowskiej jednostki PSP, który jest w specjalnej grupie GFFF (Ground Forest Fire Fighting) przystosowanewj do gaszenia pożarów lasów z ziemi.
Znalazł się Pan w 28-osobowej grupie, która z Łódzkiego pojechała kilka dni temu na Lubelszczyznę po to, żeby gasić pożar lasu. To była trudna akcja pańskim zdaniem? Jak wspomina pan w ogóle ten czas na Lubelszczyźnie?
To na pewno była bardzo specyficzna akcja gaśnicza, której się nie spotyka na standardowych służbach w Piotrkowie czy powiecie piotrkowskim. Była problematyczna ze względu na rozległość terenu i bardzo specyficzny grunt, który dość łatwo się zapalał i który wymagał specyficznych technik gaszenia. Przede wszystkim częstego doglądania, czy pożar ponownie nie rozprzestrzenia się.
Jakie było Pana wyposażenie? Wiadomo, że to nie były węże strażackie, nie byliście w tej grupie, która jeździła samochodem i gościła za pomocą węży. To była niestety chyba „ręczna robota”?
W przypadku modułu GFFF mówimy o modułach, które wykorzystują głównie narzędzia ręczne lub podręczny sprzęt gaśniczy, natomiast cały czas mówimy o lekkich sprzętach. Dlatego naszym głównym wyposażeniem są specjalne narzędzia ręczne typu McLeod, Georgii czy Pulaski. Głównie to one były wykorzystywane do przegrzebywania terenu, do odseparowywania terenu zielonego od terenu spalonego lub objętego pożarem. Wykorzystywaliśmy też hydronetki jako metodę do przygaszania pożaru lub do schładzania powierzchni. Jeżeli chodzi o węże, to dysponowaliśmy małym zestawem o średnicy 25 mm, które rozwijaliśmy na nieduże odległości. Dogaszaliśmy nimi większe zarzewia ognia, które z racji na samą wydajność hydronetki, nie były wystarczające do gaszenia dużego ognia. W takim wypadku podjeżdżaliśmy z nieco większym sprzętem. Nie używaliśmy natomiast samochodów gaśniczych takich, jakie najczęściej wyobrażamy sobie w kontekście gaszenia pożarów. Raczej używaliśmy mobilnych stanowisk, takich jak quady z małymi zbiornikami i z małymi pompami.
A jak wyglądał sam dojazd na miejsce pożaru? Kiedy konkretnie wyjechaliście na Lubelszczyznę, ile czasu tam Pan spędził? Cały czas to był dyżur w lesie przy pożarze, przez kilka godzin i odpoczynek i kolejna grupa?
Jeżeli chodzi o nasze zadysponowanie, to musieliśmy się stawić w rejonie Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej numer 4 w Łodzi. Tam wszyscy, którzy mieli jechać, zebrali się, popakowaliśmy sprzęt, sprawdziliśmy, czy mamy wszystko i ruszyliśmy w drogę. Dotarliśmy na miejsce jeszcze tego samego dnia, natomiast do działań weszliśmy o 2 w nocy i byliśmy tam do godzin popołudniowych. Wtedy pracowaliśmy w lesie. Raczej była to praca ciągła z drobnymi przerwami na jakiś szybki posiłek, natomiast pełna „podmianka”, czyli przejęcie obowiązków przez inne osoby, nastąpiło w okolicach godz. 15 lub 16. Wtedy funkcję przyjęły Wojska Obrony Terytorialnej. Następnego dnia od ok. godz. 9 rozpoczęliśmy ponowne przeszukiwania wyznaczonych terenów pod kątem pożarów. Około godziny 20 zakończyliśmy nasze zadania i zaczęliśmy powrót do bazy. Do Łodzi wróciliśmy około godz. 3 w nocy i wtedy zakończyliśmy nasz wyjazd. Czyli byliśmy na miejscu około dwóch dób.

Prawdopodobnie gaszenie pożaru w nocy, jest znacznie bardziej męczące, prawda? Chociaż pożar nie wybiera pory, w której powstanie…
Zgadza się. Oczywiście ci, którzy nie prowadzili w tym czasie pojazdów, mogli spróbować przespać się zanim wejdziemy do działań, czyli tak naprawdę w drodze do tego pożaru. Natomiast nie wszystkim to też się udawało, dlatego rzeczywiście te działania w godzinach nocnych są męczące. Tylko tak jak Pan zauważył, pamiętajmy, że służba Państwowej Straż Pożarnej, wiąże się z dysponowaniem w różnych godzinach i wiele jednostek, które pracowały na miejscu, niestety musiały pracować w pełnym systemie, we wszystkich możliwych godzinach, również w tych nocnych.
Podobno mieszkańcy lokalni traktowali Was wyjątkowo, Was wszystkich strażaków, już pomijam, czy z tej specjalnej grupy, czy strażaków zawodowych, czy ochotników, ale byliście tam traktowani podobno jak bohaterzy.
Na pewno mogę powiedzieć, że byliśmy traktowani bardzo, bardzo miło i absolutnie nie mogę zgodzić się z jakimiś narracjami, że chodziliśmy głodni albo niedożywieni, nie dostawaliśmy wody, absolutnie czegoś takiego nie było. Bardzo pilnowano nawet tego, by zupa którą dostajemy, nie była zimna, tylko gorąca. Wszyscy mieszkańcy byli bardzo życzliwi, pamiętam sytuację, w której nocowaliśmy w szkole podstawowej, a uczniowie tej szkoły w ramach podziękowania, narysowali dla nas obrazki, czyli nawet to miłe podejście, było przejawiane od najmłodszych mieszkańców. Bardzo, bardzo dziękujemy za to.
Widziałem w relacjach telewizji, że mieszkańcy dbali o Was jak o swoich. A co najlepiej Pan wspomina w tego wyjazdu, z tej akcji? A co było takie, niezwykle trudne? Coś, co zrobiło na Panu ogromne wrażenie, coś takiego, co zapamięta Pan na długo z tej akcji?
Takie miłe wspomnienie, to na pewno zaangażowanie ludzi, wszystkich, od mieszkańców, właśnie tych małych dzieci, pań które przygotowywały dla nas posiłki, po samych strażaków, którzy byli bardzo, bardzo zaangażowani i było widać w nich taką niesamowitą wolę walki. Jeżeli chodzi o jakieś takie obrazy, które zostaną mi na pewno na długo w pamięci, no to bez wątpienia ten obraz spalonych lasów, spalonych młodników, ta wyjątkowo czarna ziemia, no to są naprawdę takie obrazy straszne, straszne. Bardzo przykro, że się na to patrzy…
Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję.











Polecamy