Mszę rozpoczynającą nowy rok szkolny w gminie Wolbórz celebrował bp Ireneusz Pękalski w asyście ks. Marcina Wojtasika - Dyrektora Wydziału Katechetycznego Kurii Metropolitalnej Łódzkiej, ks. prałata Grzegorza Gogola oraz proboszcza wolborskiej parafii, ks. Tomasza Owczarka. Fot. UM Wolbórz.

Proletariusze wszystkich kościołów łączcie się!

Views: 105

Dziś w Polsce nikogo już nie dziwi, że początek roku szkolnego w instytucji z definicji i teoretycznie neutralnej światopoglądowo, inaugurowany jest mszą w kościele. Po 1989 r. to szablon, w który z obawą popełnienia obrazoburstwa wpisują się władze państwowe i samorządowe różnych szczebli, nieformalnie narzucając go dyrektorom szkół, nauczycielom i uczniom. Najmniej tego świadomi są ci ostatni, gdyż nie pamiętają innej formuły. Dla nich to norma, nawet jeśli nie intelektualna, to obyczajowa. Dorastają bowiem w kraju, gdzie od najmłodszych lat święci im się tornistry, pojazdy (od rowerów po samochody rodziców), oddawane do użytku drogi, a nawet budynki użyteczności publicznej, do których one prowadzą. Kropidło stało się nieodłącznym elementem świeckiej obrzędowości; fetyszem i magiczną różczką polityków, która nawet jeśli nie pomoże, to z pewnością nie zaszkodzi. Zaszkodzić za to może otwarte i publiczne (choćby bierne, przez nieuczestnictwo) tego kwestionowanie, szczególnie w roku wyborczym. To samonapędzający się mechanizm, dla którego paliwem jest wzajemna adoracja władzy świeckiej i duchownej, na czym wbrew pozorom najwięcej traci Kościół.

Gdy w 1985 r. trafiłem do wolborskiej podstawówki, w której w poniedziałek miała miejsce wojewódzka inauguracja roku szkolnego, to przez trzy kolejne lata uroczystość ta posiadała wyłącznie świecki charakter. Oczywiście akcentowano wtedy zgodne z linią partii treści polityczne, ale taka była Polska Rzeczpospolita Ludowa. Katechezy odbywały się za to w przykościelnym domu parafialnym, dokąd z radością chodziłem. Towarzyszyła im wyjątkowa atmosfera, nie tylko dlatego, że zajęcia te organizowano po lekcjach, w starej, pewnie jeszcze przedwojennej sali. Nie były też wyjątkowe z powodu tego szczególnego rodzaju tajemnicy, która spowija każdą religię. Ich atutem było wyraźne oddzielenie sacrum od profanum; treści wzniosłych od naszej szkolnej i rodziców codzienności.

Odseparowany przez PRL od instytucji państwa Kościół stał się naturalnym bastionem opozycji antykomunistycznej. Był zapleczem i oparciem nie tylko dla skrzywdzonych przez tę władzę, ale dla wszystkich tych, którzy się z nią nie identyfikowali. Posiadał naturalny i niekwestionowany przez zwykłych obywateli autorytet, z którym nawet PZPR musiała się liczyć. Stanowił synonim wolności, i rzeczywiście był jej oazą. W niedziele kościoły pękały w szwach, a charyzmatyczni kapłani, tacy jak zamordowany w 1984 r. przez bezpiekę Popiełuszko, potrafili wokół siebie zgromadzić tysiące wiernych. Chyba w żadnym okresie powojennej Polski, Polacy nie wsłuchiwali się w nauki Kościoła z taką uwagą, jak to miało miejsce w latach 80. – dekadzie nadziei.

I Kościół miał szansę utrzymać ten wielki kapitał zaufania, także po przemianach ustrojowych 1989 r., gdy wskutek bolesnych reform gospodarczych setki tysięcy Polaków straciło pracę, a z nią stabilizację życiową i nadzieję na lepsze jutro. Czego zabrakło? Zwykłej ludzkiej empatii i powściągliwości. Hierarchowie wyraźnie zaniedbali kluczowe w kapitalizmie kwestie sprawiedliwości społecznej i praw człowieka, tak mocno akcentowane przez teologię wyzwolenia w Ameryce Łacińskiej, a zyskawszy liczne przywileje od nowej władzy, bezkrytycznie stali się jej beneficjentami. Długo można by wyliczać tego przykłady, również skandali, które wokół nich narosły. Istotniejsza jest natomiast odnotowywana przez statystyki tendencja, że im bardziej polski Kościół katolicki stara się wpływać na polityków i tworzone przez nich prawo, tym mniejsza frekwencja w jego świątyniach. Ludzie nie lubią bowiem, gdy zagląda im się pod kołdry, mówi jak mają się rozmnażać i na kogo głosować. Przez to głos Kościoła, nie tylko w sprawach światopoglądowych, jest coraz mniej słyszalny. I nie jest w stanie zmienić tego nawet religia w szkołach. Właśnie dlatego, że już dawno straciła ona na wyjątkowości, którą znało jeszcze moje pokolenie. Dziś jest sprofanowana przez inne przedmioty, które trzeba na niej odrobić, tak jak msze inaugurujące rok szkolny, które stając się elementem prozaicznej, szkolnej rzeczywistości znaczą dla współczesnej młodzieży tyle, ile dla nas odśpiewanie na apelu Międzynarodówki.

Komentarzy: 1

Twój adres nie zostanie nigdzie opublikowany. Wymagane pola są zaznaczone gwiazdką *