Fot. Pixabay

Polska Prusakiem Europy

Views: 117

Polska stała się Prusakiem Europy. Tych, którzy w tym momencie zakrzykną, że to obraźliwe dla Narodu, uspokajam, że nie mam na myśli sympatycznego skądinąd karaczana o wdzięcznej nazwie Blaberus Giganteus, ale typowy dla germańskiej mentalności pruski dryl, nacechowany upierdliwą drobiazgowością, znacznie częściej i znacznie chętniej nazywaną a to skrupulatnością, a to punktualnością, a czasami po prostu systematycznością czy dokładnością. Rozmiłowanie w przepisach, regulaminach, a przede wszystkim uwielbienie dla naglących i zawsze nieprzekraczalnych terminów, Polak wyssał być może z mlekiem tej Matki Polki, którą we wczesnych latach dziewięćdziesiątych niemiecki pracodawca edukował, że naczynia zmywać trzeba na porę obiadu, a nie wtedy, kiedy w zlewozmywaku zaczyna brakować miejsca na kolejne statki. Dziwi mnie to niepomiernie, jako że – jak uczy historia – Polak zawsze cenił sobie „złotą wolność”, a jeszcze bardziej możliwość błogiego nieróbstwa, co zresztą często znaczy to samo. Podobni byliśmy – przynajmniej jeszcze niedawno – do narodów południa Europy, które nie noszą zegarków i są w związku z tym szczęśliwe.

Tymczasem, natychmiast po tym, jak staliśmy się częścią europejskiej rodziny, zrodziła się w nas – nie całkiem dla mnie oczywista – potrzeba założenia sobie na rękę już nie tylko zegarka, ale co najmniej chronometru, możliwie najdokładniejszego, czyli szwajcarskiego. Zakładamy więc sobie te chronometry i chronografy na nadgarstki niczym kajdanki. Rola, jaką pełnią, jest zresztą bardzo podobna. Jeżeli sceptycznie nastawiony Czytelnik zwątpi w tym miejscu w zasadność uprzedniej analogii, niech zechce przypomnieć sobie dowolny moment, w którym musiał zrezygnować z czegoś, na co miał ochotę tuż po tym, jak zerknął na zegarek. Może była to chętka na kawę o poranku, zgaszona świadomością, że dochodzi już ta a ta godzina, o której trzeba zameldować się w pracy. Może było to pragnienie spędzenia z kimś, kogo kochamy, jeszcze kilku wieczornych chwil, zgaszone refleksją, że przecież dochodzi już dziewiąta i trzeba się kłaść do łóżka, bo jutro praca. Może była to chęć spędzenia czasu ze sobą samym, zgaszona poczuciem, że nie ma mowy o luksusie prywatności, bo czeka kolejne bardzo pilne zadanie, które nie cierpi zwłoki. Może wreszcie była to pokusa przeżywania tego, co dzieje się w chwili, która trwa zgaszona przekonaniem, że przecież niepewna przyszłość jest znacznie ważniejsza. Przekonaniem, któremu przytakiwało z naszego nadgarstka ciche ale stanowcze – tak tak, tak tak.

Pruski dryl, który stał się na wstępie przyczynkiem do rozważań, wydaje mi się jednym z najbardziej wyrafinowanych kłamstw jakimi karmi się ludzkość. Przedstawia się jako reprezentant tego, co czyste i schludne, uporządkowane, więc bezpieczne, chwali punktualność i terminowość. Równolegle skrzętnie ukrywa przed człowiekiem prawdę o przerażającej konsekwencji jaką niesie ze sobą. Konsekwencji jaką jest odczłowieczenie. Zamiana ludzi w posłuszne planom i grafikom roboty, niczym Syzyf nieustanie toczące przed sobą kamień obowiązków, nie znajdujące czasu na życie samo w sobie. Życie, które nieśmiało puka nas w ramię i szepcze – jestem tutaj, teraz.

Notabene samo życie, to które istnieje bez naszego udziału, nie jest w żadnym stopniu podobne do cywilizacyjnego obozu koncentracyjnego, jaki sobie zafundowaliśmy. Życie wokół nas, przyroda w szczególności, nie jest schludna i uporządkowana. Przeciwnie. Z miną zadowolonego psa tapla się w błocie. Podejmuje ryzyko przekraczania granic i w pogardzie ma bezpieczeństwo. Wzorem ciekawskiego kota szwenda się własnymi ścieżkami, i kiedy zechce wspina się bez powodu na szczyt pobliskiego drzewa albo na szczyt K2. Wszystko jedno.

Życie cicho szepcze dzisiaj do każdego z nas – jestem tutaj, jestem teraz. Mamy wybór. Możemy zdjąć szwajcarskie kajdanki z rąk albo przyjąć pokornie na grzbiet uderzenie bata, jakim jest kolejny termin, kolejny deadline. Możemy żyć, albo stać się żywym trupem biegnącym nieustannie za kolejnym wyzwaniem, jakie stawia cywilizacyjna gra. Wybór należy do nas, choć po obu stronach linii demarkacyjnej mamy tych, którzy nam kibicują.

Komentarzy: 0

Twój adres nie zostanie nigdzie opublikowany. Wymagane pola są zaznaczone gwiazdką *