W starym parku Belzackim, w jego wschodniej części, zupełnie na uboczu, pośród dziś zrewitalizowanych alejek, pod strzelistą sosną spoczywają ludzkie szczątki. Jeszcze kilka lat temu w dniu Wszystkich Świętych, rok rocznie ktoś zapalał pod nią znicze, co świadczyło o tym, że pod ściółką znajduje się czyjaś mogiła. Żadnego krzyża, żadnej tabliczki ani usypanego kopczyka. A jednak… Ów grób to jedna z największych tajemnic parku. Przez lata kilkoro ludzi robiło wszystko, by jego sprawa „nie wyszła” poza zieloną enklawę drzew… Dlaczego? O tym w poniższym artykule.
Po raz pierwszy tę historię usłyszałam będąc jeszcze dzieckiem. Mój ojciec dzieciństwo i młodość spędził w parku w POM-ie, jak to się swego czasu mówiło, czyli w parku Belzackim. Dom, w którym się wychował rozebrano na Centralne Dożynki w 1979 roku. Z kolei skrót POM pochodził od nazwy Piotrkowskiego Ośrodka Motoryzacyjnego, gdzie znajdowało się technikum i szkoła zawodowa, kształcące kierowców m.in. dla Przedsiębiorstwa Komunikacji Samochodowej. Wracając do mrocznej historii… otóż bardzo lubiłam opowieści mojego ojca o jego przygodach i urwisowaniu z kolegami w owym parku. I pewnego razu zamęczając go prośbami o kolejną zabawną historyjkę usłyszałam o mrocznym sekrecie, o którym wiedziało niewielu… On z kolei usłyszał o tym wydarzeniu od swoje chrzestnej Marty. Po latach wróciłam do niej, by dowiedzieć się więcej…


Po ponad 80 latach od tajemniczych wydarzeń nie żyje już nikt ze świadków, a historia pochowanego w tym miejscu żołnierza była jedynie przekazywana z ust do ust. Ale też tylko nielicznym. Ogólnie nad sprawą panowała swoista zmowa milczenia. Dlaczego? Czy to było zwykłe morderstwo czy coś więcej? Czy świadkowe zdarzeń chronili siebie, bo mieli coś na sumieniu, czy zwyczajnie bali się represji ze strony komunistycznego aparatu władzy? Ludzie, którzy zamieszkali w pobliżu parku po 1945 roku, przez lata byli „karmieni” opowieściami o nieznanym żołnierzu, który znalazł miejsce wiecznego spoczynku pośród alejek za stawem. Czy rzeczywiście był to żołnierz nieznany? Co ciekawe Jerzy Kisson-Jaszczyński, nieżyjący już nestor piotrkowskiego dziennikarstwa i były redaktor naczelny „Gazety Ziemi Piotrkowskiej” w rozmowie jaką odbyliśmy około 20 lat temu przyznał mi, że o tej historii nigdy nie słyszał, choć sądził, że o Piotrkowie wie wszystko. Co tak naprawdę wydarzyło się pośród parkowych alejek, że sprawa „nie wyszła” poza zieloną enklawę dawnej wsi Bełzatka?

W 2005 roku jako początkująca dziennikarka postanowiłam wrócić do sprawy. Pojechałam do chrzestnej mego ojca wspomnianej Marty, którą w rodzinie wszyscy nazywaliśmy Marcią. Choć była już pod 90-tkę pamięć miała wciąż świetną, a energii i humoru jej nie brakowało. Niestety ten ostatni nieco jej zepsułam moim pytaniem o sprawę mogiły z parku. Posępniała, popatrzyła gdzieś w dal i powiedziała mi wprost: „Zostaw to! Życia mu nie przywrócisz… Prawie wszyscy, co go znali już nie żyją, zostałam tylko ja. A winnego i tak Bóg osądzi…”. Ostatecznie do tego, co już wiedziałam dopowiedziała mi kilka słów…
Rzecz miała miejsce w styczniu 1945 roku, po tym jak do Piotrkowa po jego wyzwoleniu wkroczyły oddziały wojsk radzieckich i polskich. Park przy ulicy Belzackiej wraz z przyległymi do niego terenami był wówczas własnością Aleksandra Stokowskiego, którego miejscowi nazywali dziedzicem, a jego lokum dworem, choć w kronikach miasta zapisało się ono jako Zajazd na Bełzatce. Tuż po oswobodzeniu miasta Stokowski z rodziną udał się do Warszawy. Zajazd, czworaki i budynki gospodarcze zajęli Rosjanie. Do pomocy „wyzwolicielom” została zaangażowana służba dziedzica. W posiadłości, w jednej ze stajni był jednak ktoś jeszcze… Nie wszyscy okupanci uciekli znad Strawy… Został jeden. Nie zdążył wyjechać. Wiadomo jedynie, że był Austriakiem służącym w niemieckim wojsku, miał 24 albo 34 lata, a w swym ojczystym kraju zostawił żonę. Oficjalnie nie zachowały się żadne dokumenty tożsamości tej osoby. Owej zimy 1945 roku w stajni, w stogu siana ukrywał go ktoś ze służby Stokowskiego. Człowiek, który mieszkał w czworakach i oprócz schronienia i żywności przyniósł żołnierzowi też śmierć. Jak powiedziała Marcia, by „zarobić punkty u Rosjan sprzedał im go związanego jak zwierzę”. Austriak w niewoli przeżył jeszcze kilka tygodni. Jako jeniec pracował w kuchni. Aż do dnia wymarszu. Wtedy dowództwo pierwsze opuściło tereny parku, zwykli szeregowcy zostali chwilę dłużej i ostatecznie rozprawili się z byłym okupantem. Kilka strzałów „załatwiło” sprawę. Ciało wrzucono do parkowego stawu. Zaraz po odejściu Rosjan dawni pracownicy Stokowskiego wyciągnęli zwłoki z wody, podobno rozebrali je i pochowali w samych kalesonach. Trudno się dziwić, że sprawa Austriaka przez lata była przemilczana – ten, który wydał go wciąż żył, a poza tym o „bratnich” żołnierzach Czerwonej Armii, o owych wyzwolicielach nie wolno było mówić źle… no, chyba, że ktoś chciał spotkać się z przedstawicielami UB czy późniejszej SB.
Ponieważ pod sosną w parku przez lata rokrocznie 1 listopada płonęły znicze (teraz już nie płoną), musiała być w Piotrkowie przynajmniej jedna osoba więcej niż wspomniana przez mnie Marta, której ta sprawa nie była obca. Niektórzy mieszkańcy dawnej Bełzatki pamiętali, że w latach 70. była pewna kobieta, która dbała o ten grób, układała w tym miejscu krzyż z kasztanów, paliła znicze. Ta osoba już nie żyje, i nie była to Marta, jednak był ktoś, kto w symboliczny sposób kontynuował jej działalność jeszcze 10 lat temu. Kto to był, skoro wszyscy związani bezpośrednio ze sprawą już nie żyli? Czy znana była tej osobie tożsamość spoczywającego pod drzewem żołnierza i jego historia? Czy w ogóle po tylu latach byłoby możliwe kim był zabity? A może Wy drodzy Czytelnicy coś na ten temat słyszeliście?
Tekst: Agnieszka Szóstek
Foto: Ewa Kozłowska – Instytut Sztuki PAN w Warszawie, archiwum piotrkowski24.pl, gogle maps
Źródła:
- A. Warchulińska „Sekrety Piotrkowa Trybunalskiego”, Łódź 2015
- Kwerenda własna









Polecamy