KulturaPiotrków TrybunalskiWażne wiadomościWydarzenia

Zmarł Stanisław Janicki. W 2019 roku gościł w Piotrkowie

Dziś w nocy zmarł Stanisław Janicki (ur. 1933), twórca niezapomnianego programu telewizyjnego „W starym kinie”, wspaniały popularyzator historii polskiego przedwojennego kina, dziennikarz, historyk i krytyk filmowy, scenarzysta i reżyser filmów dokumentalnych i oświatowych, autor dziesięciu publikacji książkowych poświęconych X Muzie, wielokrotnie nagradzany i odznaczany za swą działalność artystyczną. W styczniu 2019 roku Stanisław Janicki odwiedził Piotrków, spotkał się z piotrkowską publicznością w ówczesnej Miejskiej Bibliotece Publicznej przy ul. Jerozolimskiej.

Foto: A.Szóstek

Przypominamy fragmenty wywiadu ze Stanisławem Janickim:

Mówił pan, że w Piotrkowie swego czasu często bywał, ale nie wiem czy pan wie, że międzywojenne gwiazdy też u nas gościły. W Piotrkowie występowała Maria Gorczyńska, Ina Benita, Stanisław Sielański, siostry Halama, nawet sam Bodo…

– Jeśli chodzi o Piotrków to niedaleko jest Tomaszów Mazowiecki, z którym związana jest cudowna historia, którą opisywałem, a która dotyczy właśnie Eugeniusza Bodo. Kilkanaście lat temu trafiłem przypadkiem na jego ślad, za sprawą pani Wiery Ródź i udało się nam wyjaśnić, co stało się z aktorem, po tym jak został aresztowany przez NKWD.

Foto: A.Szóstek

Kto z przedwojennych aktorów należy do pana ulubionych? Która z amantek lub który z amantów zdobył pana sympatię?

– To zależy, co komu jest bliskie. W moim przypadku, proszę nie zapominać, że jestem totalnie skażony filmem i mam do niego zupełnie inne podejście. Dla mnie na przykład Franciszek Brodniewicz, jest takim wzorem dorosłego amanta, co to panie w pewnym wieku chciały być bardzo blisko niego. Młodzież jeśli w ogóle ogląda przedwojenne filmy to raczej szuka kogoś innego. Kogoś przekornego. I tu mamy Adolfa Dymszę, który był fantastycznym komikiem, ale jego repertuar był jednak ograniczony. Jeśli ktoś akurat przeżywa cudowną historię miłosną, no to wiadomo, że Barszczewska, że Smosarska, Żabczyński. Jeśli jednak ktoś szuka kogoś, kto ma to coś, kto jest jakiś inny to mamy Eugeniusza Bodo. I tak możemy wymieniać i charakteryzować przez godzinę. Dla mnie jest to o tyle trudne, że o wielu reżyserach, aktorach i aktorkach wiem więcej. Znam ich losy, z wieloma z nich po wojnie spotykałem się, rozmawiałem. Na przykład z Lidią Wysocką, wspaniałą wschodząca przed wojną gwiazdą, byłem w stałym kontakcie, a raz nawet wspólnie prowadziliśmy wieczór sylwestrowy w telewizji (wtedy jedyny raz w życiu miałem na sobie frak, oczywiście nie mój). Spotykaliśmy na kawie na rozmowy, znałem więc ich od tej bardziej prywatnej strony, dlatego trudno mi wskazać na jedną czy dwie osoby, jako te ulubione. Wielu z nich po wojnie zostało niesłusznie zapomnianych.

Foto: A.Szóstek

Który z przedwojennych filmów należy do tych, do których lubi pan wracać?

– To nie będzie jeden film. Z rzeczy poważnych to będzie „Młody las” (1934), „Dziewczęta z Nowolipek” (1937), „Ludzie Wisły” (1938) i „Granica” (1938) według Zofii Nałkowskiej. To jest dla mnie ta najwyższa klasyka. Z wesołych to oczywiście z jednej strony uwielbiam, a z drugiej już nie mogę na to patrzeć, czyli „Piętro wyżej”, czy „Zapomniana melodia” i „Sportowiec mimo woli” (1939). To są filmy z końca lat 30., kiedy to w naszym kinie nastąpił już wielki przełom. Początek lat 30. był w polskim filmie udany, potem przyszło takie załamanie, a od 1937 roku znów mogliśmy mówić o znacznej poprawie. Poszłoby to dalej, gdyby nie wybuch II wojny światowej.

Foto: A.Szóstek

A skąd w ogóle panie Stanisławie wzięła się pana pasja do polskiego kina międzywojennego?

Stanisław Janicki: – Jak wiele rzeczy w życiu człowieka to był oczywiście czysty przypadek. Po skończeniu studiów pracowałem między innymi w tygodniku „Film”. To były lata 60. Nie będę teraz wymieniał, co było wówczas na ekranach kin, powiem tylko, że to był złoty okres filmu – włoski neorealizm, rodziła się francuska Nowa Fala, swoje dzieła tworzyli, ci którzy dziś uznawani są za największe nazwiska światowego kina. Miało wtedy też miejsce odrodzenie innych kinematografii. Mówiąc krótko to była pożywka dla kogoś, kto się interesował filmem. A ja taką osobą byłem. Przyznaję, czułem się w tym, jak ryba w wodzie. O telewizji w ogóle nie myślałem. Owszem miałem telewizor marki Wisła, czarno-biały, który miał ekranik wielkości dwóch pocztówek, ale uznawałem to raczej jako rodzaj ciekawostki. Raz jedyny tylko siedziałem całą noc przed telewizorem i oglądałem na lądowanie człowieka na Księżycu. Ale przecież takie lądowanie nie zdarza się co drugi dzień. Pracowałem więc, pisałem, dobrze mi szło. I któregoś dnia, to było w 1967 roku, dzwoni telefon. To była moja koleżanka ze studiów Hania Goszczyńska, która zaczęła pracować w telewizji. I dzwoni do mnie, jak to się mówi ze łzami w oczach i na ustach, że jest tragedia, i błaga mnie żebym ratował sytuację. Warto wspomnieć, że wszystkie programy telewizyjne wtedy „szły” na żywo, nie można było nikogo wcześniej nagrać a potem wyemitować. Hania przygotowywała wtedy taki cykl wywiadów z polskimi reżyserami, ilustrowany fragmentami ich filmów. I nagle człowiek, który to prowadził po czwartym odcinku – a cykl przewidywał ich osiem – ciężko się rozchorował. I co ona biedna miała zrobić? Zadzwoniła do mnie. Kobiecie, a tym bardziej koleżance, się nie odmawia. Zgodziłem się. Zrobiłem te cztery odcinki. I jak skończyłem czwarty powiedziałem, że moja noga więcej w telewizji nie postanie. Dlaczego? Studio było wielkości małego pokoju, a reflektory filmowe takie, że gdybym nie nosił ciemnych okularów to bym oślepł. Do tego od ich ciepła byłem zlany potem. Stąd moja decyzja, że nigdy więcej nie będę tam pracował. Ale życie rządzi się swoimi prawami. Gdzieś po tygodniu dzwoni Hania i mówi: – Wiesz, to się bardzo podobało, co myśmy zrobili. I jest propozycja. Dyrekcja telewizji (nigdy nie wiedziałem nawet, kto jest prezesem telewizji, bo nigdy nie byłem jej pracownikiem) chce żebyśmy zrobili stały program o starych filmach. Ale nie tylko polskich, także zagranicznych. W ogóle stare kino. Stąd późniejsza nazwa programu „W starym kinie”. – Druga rzecz – mówi Hania – mamy na to godzinę. I będzie to emitowane w samo południe w niedzielę. Godzina czasu w telewizji to jest po prostu coś niebywałego. I jeszcze jakby tego było mało powiedziała, że możemy robić co chcemy, nikt się do nas nie będzie wtrącał. Powiem może niegrzecznie, że trzeba byłoby być idiotą, żeby czegoś takiego nie przyjąć. Nagle sobie uświadomiłem, że mogę robić autorski program, tylko, że nie będę pisał jak do tej pory, tylko opowiadał. I tak to wszystko się zaczęło…

Tekst i foto: Agnieszka Szóstek

5 1 głos
Oceń temat artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

Polecamy

Back to top button

Ej! Odblokuj nas :)

Wykryliśmy, że używasz wtyczki typu AdBlock i blokujesz nasze reklamy. Prosimy, odblokuj nas!
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x